Śląskie. "Średnio raz na dwa tygodnie zdarza się atak na personel ambulansu"

Pracowity pierwszy miesiąc wakacji w katowickim pogotowiu. Ratownicy wyjeżdżali do wezwań kilkanaście tysięcy razy. Dało się zauważyć więcej zdarzeń związanych ze skutkami upału u osób starszych, a także więcej interwencji związanych z alkoholem. - Średnio raz na dwa tygodnie, a czasem nawet częściej, zdarza się atak na personel ambulansu - informuje ratownik z Katowic.
Zobacz wideo

W pierwszym miesiącu wakacji Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe interweniowało około 16000 razy. Ambulanse wyjeżdżały do wezwań w całej Aglomeracji Katowickiej - od Pszczyny, przez Mysłowice, Katowice, Siemianowice Śląskie, Radzionków, Bytom, Gliwice, Kalety - aż po Rybnik, Jastrzębie-Zdrój i Żory. - Ta liczba interwencji nie odbiega od poprzednich lat, utrzymuje się na stałym poziomie - mówi nam Michał Kucap, ratownik z Katowic.

Jak dodaje, w lipcu (jak co roku) dało się zauważyć spadek liczby interwencji u pacjentów poniżej 18. roku życia - o około 25 procent. Nieznacznie większa była z kolei liczba zgłoszeń od osób dorosłych i starszych. Często były one spowodowane skutkami upału. - W miesiącach wiosenno-letnich notujemy też wzrost interwencji związanych z alkoholem - nadmienia Kucap.

Niezmiennie wysoka, jak mówi ratownik, jest też liczba wyjazdów do incydentów kardiologicznych (bóle w klatce piersiowej, gwałtowny wzrost ciśnienia). Na drugim miejscu są różnego rodzaju urazy - wypadki komunikacyjne, upadki z wysokości i potknięcia osób starszych z uszkodzeniami kończyn dolnych. Na kolejnych miejscach są przypadki drgawek czy próby samobójcze.

Nasz rozmówca zwraca też uwagę, że średnio raz na dwa tygodnie, a czasem nawet częściej, zdarza się atak na personel ambulansu. - Są to albo wulgaryzmy, albo rozbity sprzęt - mówi. I wspomina sytuację z początku lipca, kiedy był w składzie zespołu ambulansu, który zabierał mężczyznę z miejsca publicznego. - Pan był bardzo mocno upojony alkoholem, dobrze zbudowany i silny, bo leżąc w ambulansie, zapięty w pasach, na noszach, nagle wyrwał obudowę defibrylatora. Naprawa kosztowała ponad siedem i pół tysiąca złotych - opowiada nasz rozmówca.

Nieuzasadnione wezwania

W lipcu zdarzały się też nieuzasadnione wezwania. - Takie sytuacje są nie tylko w miesiącach wakacyjnych - przyznaje Michał Kucap. Powody to błędnie przekazywane informacje podczas zgłoszenia zdarzenia albo niechęć do samodzielnego niesienia pomocy drugiemu człowiekowi i spychanie sprawy na innych.

Przykład? Ktoś nie widział rodziców przez miesiąc, a ci zadzwonili, że źle się czują. Ten ktoś nie pojechał i nie sprawdził sam, w czym rzecz, ale zadzwonił na 112 i wezwał karetkę. - Zdarza się też, że osoby zgłaszające są bardzo roszczeniowe. Domagają się przyjazdu karetki do bólu zęba, wymyślają przeróżne powody, żeby przyjechał ambulans - mówi ratownik.

Dokładne zgłoszenia kluczowe

W Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym jest łącznie 80 zespołów, które wyjeżdżają do wezwań - 14 specjalistycznych i 66 podstawowych. Jest też jeden motocykl działający na terenie Aglomeracji Katowickiej. Wysyła się go zwłaszcza do akcji nagłych, w których liczy się czas. To wypadki i potrącenia, napady drgawek czy nagłe zatrzymanie krążenia. Zdarzają się też wizyty domowe w przypadkach utraty przytomności dziecka czy silnego bólu w klatce piersiowej. Zdarzało się jednak, że ratownik medyczny na motocyklu - po przyjeździe na miejsce - odwoływał wezwanie, ponieważ okazywało się, że zgłaszający błędnie podał lokalizację zdarzenia.

Michał Kucap apeluje, by precyzyjnie określać miejsce wysłania karetki. Wielu osobom wydaje się, że ta lokalizacja jest oczywista. - Do dziś zdarza się, że ludzie z Rudy Śląskiej, zamiast podać nawę miasta, podają dzielnicę: "jestem w Halembie", "jestem w Kochłowicach". I to jest notoryczna sytuacja dotycząca tego miasta, ale podobnie bywa też w innych - opisuje nasz rozmówca.

Druga ważna sprawa, na którą zwraca uwagę, to konieczność uważnego słuchania tego, co mówi dyspozytor. - Zadaniem dyspozytora nie jest wysłanie do nas karetki za wszelką cenę. Dyspozytor przede wszystkim zbiera informacje, które pozwolą ustalić stan zagrożenia, więc czasem musi o coś dopytać. Poza tym taka rozmowa to również wsparcie psychiczne - podkreśla ratownik.

Spłacamy dług zdrowotny po pandemii

O podsumowanie pierwszego miesiąca wakacji zwróciliśmy się też do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 4 w Bytomiu. Okazuje się, że na tamtejszy Szpitalny Oddział Ratunkowy zgłasza się coraz więcej pacjentów z pogorszonym stanem zdrowia - chodzi głównie o choroby przewlekłe, różne schorzenia kardiologiczne czy cukrzycę. - Niestety dwa lata, w czasie których pacjenci mieli utrudniony dostęp do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej i do specjalistów, bo w większości były to teleporady, zrobiły swoje - mówi Iwona Wronka, rzeczniczka placówki.

- Oczywiście zdarzały się przypadki odwodnienia czy przegrzania organizmu przez upały, ale - podobnie jak urazy powypadkowe, komunikacyjne - nie dominowały one w lipcu na izbie przyjęć bytomskiego szpitala - ocenia. Dodaje, że często przyczyną urazów był alkohol.

Nasza rozmówczyni zauważa też, że izba przyjęć jest często błędnie traktowana jako miejsce, gdzie problem zdrowotny da się załatwić od ręki. Pacjenci przychodzą zarówno z poważnymi schorzeniami, jak i drobnymi urazami, które nie wymagają pilnej pomocy. Lekarze i pracownicy szpitala starają się edukować mieszkańców, ale nie zawsze przynosi to efekty. Rzeczniczka bytomskiego szpitala wspomina, że jakiś czas temu na izbę przyjęć zgłosiła się pani, która kilka dni wcześniej została podrapana przez kota. Wronka zapewnia, że wszystkie wizyty są obsługiwane przez lekarzy z pełną dokładnością. Kiedy jednak schorzenie nie wymaga pilnej pomocy, pacjent odsyłany jest do swojej przychodni.

W ubiegłym roku pomoc w izbie przyjęć bytomskiego szpitala uzyskało 2695 osób, a odmów było 1277. Z kolei w tym roku już 2898 pacjentów zgłosiło się do izby przyjęć, z czego odesłań do lekarza rodzinnego było 1523. - Tyle osób zajmowało czas lekarzom, którzy w izbie przyjęć powinni przede wszystkim zajmować się pacjentami w stanie zagrożenia życia - podkreśla rzeczniczka.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny