18 tysięcy za prąd. "Skąd brać takie pieniądze?". Gastronomia w Bydgoszczy wyjdzie na ulice

- Będziemy się po kolei zamykać. W tym kraju nie da się za chwilę prowadzić własnego biznesu - mówią nam przedstawiciele bydgoskiej gastronomii. Dobija ich drożyzna i wysokie rachunki za prąd. Aby zademonstrować swoją złość, zamierzają wyjść na ulice.
Zobacz wideo

- Przetrwałam pandemię. Nie zdążyłam podnieść się jeszcze finansowo po tych dwóch latach, a teraz opłaty mnie dobiją - mówi Karolina Andryszak, która od siedmiu lat prowadzi w Bydgoszczy pizzerię. Jak dodaje, wiele lokali gastronomicznych nie przetrwało lockdownu. - Te szumne tarcze, które dostaliśmy [od rządu], nie zostały w całości umorzone. Część trzeba oddać. Spłacamy więc tarczę, a od początku roku płacimy jeszcze składkę zdrowotną, czasami kilka tysięcy złotych miesięcznie - żali się. Zmiany wprowadzone przez PiS sprawiły, że składki zdrowotnej nie można odliczyć od podatku

Restauratorka zwraca też uwagę na ogromną drożyznę, która dotyka również przedsiębiorców jej branży. - Od stycznia produkty nabiałowe podrożały o 50 procent, mięso o 80, a nawet 100 procent - wylicza. - Ceny swoich wyrobów też podniosłam. O 2 złote! Jeśli pizza podrożeje jeszcze bardziej, nikt jej nie kupi, a i tak widzę już zdecydowanie mniejszy ruch. W weekendy jeszcze coś się dzieje, ale w tygodniu sala świeci pustkami - rozkłada ręce.

A to nie wszystko, bo w perspektywie jest jeszcze podwyżka rachunków za prąd. Andryszak informuje, że w lokalu ma elektryczny piec do pizzy. Do tej pory, jak mówi, za energię płaciła 3-3,5 tysiąca złotych. - Ile będzie po podwyżce? Mam nadzieję, że nie więcej niż 7 tysięcy, ale to chyba moje złudne marzenie - mówi.

Dlatego szuka oszczędności, gdzie się da. Wspomina, że dawniej włączała piec już kilka minut przed otwarciem, by pierwszy klient nie musiał długo czekać na zamówione jedzenie. - Teraz włączamy go przy pierwszym zamówieniu. Wykręciłam też część żarówek - mówi. Restauratorka poinformowała swoich pracowników, że podwyżek pensji - które zawsze były na początku roku - tym razem nie będzie. I ma nadzieję, że nie będzie musiała nikogo zwalniać ani tym bardziej zamykać lokalu.

Ile może kosztować drożdżówka, a ile kawa?

Z podobnymi problemami boryka się Marcin Pieniak, który od 15 lat prowadzi w centrum Bydgoszczy małą cukiernię. - Od stycznia podniosłem ceny drożdżówek o 50 groszy. Do końca roku podniosę o kolejnych 30. Tylko w ten sposób przygotuję się do tego, by przetrwać przyszły rok - przyznaje.

Cukiernik ma na razie starą umowę na prąd, a jego rachunki sięgają 3,5 tysiąca złotych miesięcznie. - W styczniu, już po nowych cenach, zapłacę 18 tysięcy - wylicza i pyta rozżalony: "Skąd brać takie pieniądze?". Pytany, czy będzie zwalniał pracowników, odpowiada stanowczo: "To ludzie tworzą moją firmę. Nie wyobrażam sobie, bym musiał z kimś się rozstać".

- Dziś mam dużo klientów, renomę, ale przyjdzie zima i ludzie zaczną liczyć. Będą musieli odłożyć na swoje rachunki i będą rezygnować z rzeczy, które nie są im niezbędne do życia. To smutne, ale drożdżówka czy nawet bułka takim towarem nie jest. Wszystkie piekarnie już notują spadki w sprzedaży pszennych bułek czy żytniego chleba - zauważa. 

O tym, że bydgoszczanie bardziej liczą się z pieniędzmi mówi nam także Adam Ziółkowski, właściciel restauracji na Starym Rynku. - Do naszego lokalu goście jeszcze przychodzą. Nie zauważyłem, żeby było ich mniej. Natomiast mniejszy jest rachunek na paragonie (...). A nam koszty rosną - stwierdza.

Restaurator dziś płaci za prąd 5-6 tysięcy złotych miesięcznie. Boi się, że po podwyżce rachunek wzrośnie pięciokrotnie. - Proszę sobie wyobrazić, że nagle macie państwo zapłacić za prąd w swoim domu czy mieszkaniu 3 tysiące złotych. Do tego rata kredytu, która wzrosła już dwukrotnie. Gdzie jest granica, którą jesteśmy w stanie udźwignąć? - pyta. Ziółkowski dodaje, że musiał już podnieść ceny, bo inaczej miałby problem z utrzymaniem swojej działalności.

Bydgoszczanie wyjdą na ulice

Aby zademonstrować swoje niezadowolenie, mieszkańcy - w tym przedsiębiorcy - zamierzają wyjść na ulice. 14 października o godzinie 18, na Starym Rynku w Bydgoszczy, odbędzie się manifestacja pod hasłem "Bunt obywateli". Akcję zainicjowała właścicielka kawiarni Katarzyna Borkowska-Kiss. - Kilkanaście tysięcy złotych do zapłacenia za prąd, za małą kawiarnię? To zdecydowanie za dużo. A nie tylko ja mam taki problem. Taka podwyżka nie jest niczym usprawiedliwiona. Nie możemy dłużej na to pozwalać - mówi nam.

14 października obchodzimy też Dzień Edukacji Narodowej. Nauczyciele zapowiadają, że dołączą do manifestacji. Marsz rozpocznie się na Starym Rynku, potem przejdzie Jagiellońską, Piotrowskiego, na Aleje Ossolińskich, Paderewskiego, Staszica, Skargi - aż do Gdańskiej.

- Oczywiście, że pójdę na ten protest - mówi Karolina Andryszak. - Byłam na symbolicznych pogrzebach bydgoskiej gastronomii w trakcie lockdownu, byłam na wszystkich czarnych marszach. Teraz też nie zamierzam siedzieć w domu, ale czy to coś da? Wyjście na ulice zawsze ma charakter symboliczny - dodaje. Podobnego zdania jest Adam Ziółkowski. - Pójdę na manifestację, ale czy to coś zmieni? Czy rząd nas zauważy i wysłucha? - zastanawia się.

Cukiernik Marcin Pieniak na marsz się natomiast nie wybiera. - Wiem, że im więcej ludzi wyjdzie na ulice, tym głośniej będziemy krzyczeć, ale byłem na czarnych marszach, na naszych gastro-protestach i co to dało? Nic - przyznaje.

Na Warszawę.

Natomiast w piątek o 12:30, w Warszawie, przed budynkiem Sejmu, odbędzie się protest "Tylko Ciemność", organizowany przez Ruch Samorządowy Tak! dla Polski, Związek Miast Polskich i Unię Metropolii Polskich. Ma być to sprzeciw wobec wysokich podwyżek cen, a także wobec braku działań rządu w związku z kryzysem

Do udziału w tej manifestacji zachęca też prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. "Drożyzna dotyka już każdego z nas. Mieszkańców, przedsiębiorców, związki zawodowe. W bardzo złej sytuacji są polskie samorządy. My, jako samorządowcy, nie powinniśmy stawać przed dylematem: czy skracać godziny lekcyjne w szkołach, zamykać baseny, likwidować linie tramwajowe i autobusowe, gasić latarnie na ulicach" - pisze w mediach społecznościowych.

Bydgoszczanom, którzy zechcą w akcji uczestniczyć, miasto zapewnia darmowy transport. Na wyjazd do Warszawy zdecydowało się na razie 10 osób. Jadą też dwie osoby z ratusza.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny