Bydgoszcz. Nie jeżdżą autobusy i tramwaje. Ratusz nie chce rozmów, zarząd MZK podał się do dymisji. "Nikt nie chce rozmawiać"

Poniedziałek to czwarty dzień strajku pracowników Miejskich Zakładów Komunikacyjnych w Bydgoszczy. Pasażerowie muszą korzystać z 16 tymczasowych linii, bo regularne autobusy i tramwaje nie jeżdżą od piątkowego poranka. Strajkujący domagają się obiecanych im wcześniej podwyżek i liczą na rozmowy z władzami miasta. - Strajk jest nielegalny i rozmów nie będzie - odpowiada z kolei ratusz.
Zobacz wideo

Kierowcy i motorniczowie strajkują od piątkowego poranka. Tego dnia na ulice Bydgoszczy nie wyjechały autobusy i tramwaje Miejskich Zakładów Komunikacyjnych (MZK). Pracownicy chcą obiecanych im w ubiegłym roku podwyżek. - Chcemy bardzo przeprosić społeczeństwo, które w tej chwili najbardziej odczuwa brak naszej komunikacji - mówił dziś rano szef związków zawodowych Andrzej Arndt. - Informujemy jednak, że rozmowy były prowadzone od grudnia ubiegłego roku i nie przynosiły żadnego efektu. Spotkań było kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt. Załoga zdecydowała o proteście, po prostu nie mieliśmy innego wyjścia - tłumaczy związkowiec.

"Była sobota i niedziela. Nikt z nami się nie skontaktował"

Pracownicy MZK żądają 10 mln zł na podwyżki. Według nich pieniądze były już zabudżetowane, jednak spółka dostała od miasta nie planowane 152, tylko 142 mln zł. 

W piątek ze strajkującymi spotkał się prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski, który uważa, że strajk odbywa się nielegalnie, bo z pominięciem procedury o sporze zbiorowym. Władze miasta twierdzą też, że nie mają pieniędzy na wzrost płac, a pasażerowie zostali zakładnikami strajkujących kierowców i motorniczych. Rozmowy zakończyły się fiaskiem, a protest trwa.

Strajk pracowników MZK w BydgoszczyStrajk pracowników MZK w Bydgoszczy Agnieszka Wynarska

Pracownicy MZK od piątku przychodzą do pracy, odbijają karty i przed budynkiem zajezdni czekają na kolejne spotkanie z prezydentem Bydgoszczy. - Była sobota, niedziela i nikt się z nami nie kontaktował, a był na to czas - mówi rozżalony Arndt. - 24 godziny na dobę byliśmy czujni i czekaliśmy z telefonami, by się spotkać i - w interesie społeczeństwa - porozmawiać i ustalić szczegóły. Nie mówię, że mieli wyłożyć pieniądze na stół, ale mogliśmy jakieś ustalenia poczynić, z którymi kierowcy pewnie by się zgodzili - dodaje związkowiec.

W poniedziałek rano kierowcy w niebieskich koszulkach czekali na przedstawicieli miasta w zajezdni przy ulicy Inowrocławskiej. - Wszyscy stawili się do pracy. My jesteśmy gotowi - mówi Karolina Kamińska, kierowca autobusu z pięcioletnim stażem. - Czekamy na jeden cynk, tymczasem władz wewnętrznych nie ma, władz zewnętrznych, czyli przedstawicieli miasta, też nie ma. To jak my się mamy czuć? - pyta ze łzami w oczach.

Pasażerowie w upale cisną się w komunikacji zastępczej

W sobotę Zarząd Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej naprędce zorganizował komunikację tymczasową. Obsługą 16 linii zastępczych zajęła się firma Irex, czyli drugi przewoźnik, który razem z MZK obsługiwał do tej pory linie autobusowe w Bydgoszczy. Na przystankach wiszą kartki z tymczasowymi rozkładami jazdy, a pasażerowie próbują sobie jakoś radzić. - Jestem za strajkującymi. Popieram ich, my możemy się trochę pomęczyć - mówi w rozmowie z TOK FM pani Janina ze Szwederowa. - To jest uciążliwe, oczywiście że tak. Do pewnego odcinka dojeżdżam rowerem, dla zdrowia, a potem czekam na komunikację tymczasową. Mam nadzieję, że przyjedzie - dodaje.

Strajkujący pracownicy MZK w BydgoszczyStrajkujący pracownicy MZK w Bydgoszczy Agnieszka Wynarska

Panią Hannę spotykamy na przystanku autobusowym przy ulicy Inowrocławskiej. - Jadę do pracy na 12. Wyszłam z domu dwie godziny wcześniej, żeby mieć pewność, że zdążę - tłumaczy nam bydgoszczanka, która zazwyczaj na przebycie tej trasy potrzebuje góra kilkunastu minut. - Strajk jest uciążliwy dla wszystkich, ale z drugiej strony co oni mieliby zrobić, żeby coś wywalczyć? Podchodzę do tego racjonalnie - dodaje kobieta.

Na przystanku w upale siedzi też pani Anna, która usiłuje dostać się do Centrum Onkologii w Fordonie. - Popieram strajk. Jak trzeba, to jadę taksówką. Władze miasta wyszukują jakieś środki zastępcze, które nie spełniają oczekiwań ludzi. Czas się dogadać, a nie czekać, by wymęczyć kierowców i pasażerów - mówi nam bydgoszczanka.

Władze Bydgoszczy: Strajk jest nielegalny

Tymczasem władze miasta nie planują spotkania ze strajkującymi. - Podkreślamy to, co mówił w piątek prezydent - ten strajk jest nielegalny, bo jest wbrew ustawie o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, która obowiązuje w Polsce - wyjaśnia w rozmowie z TOK FM rzeczniczka prezydenta Marta Stachowiak. - To spór pracowniczy, tzn. na linii zarząd spółki MZK i pracownicy. Z informacji, które posiadam, wynika, że do tego momentu zarząd nie otrzymał na piśmie żadnych postulatów - dodaje rzeczniczka.

Ratusz podkreśla, że w związku z protestem nie zamierza likwidować żadnych ulg, ograniczać istniejących tras przewozowych czy podnosić cen biletów. Poza tym prezydent na rozmowy się nie wybiera. Na dziś sytuacja jest taka, że właściwie nie wiadomo, z kim protestujący mieliby rozmawiać, bo prezes i zarząd spółki podali się w poniedziałek do dymisji.

Pracownicy MZK wysłali do przewodniczącej Rady Miasta Bydgoszczy wniosek o możliwość przedstawienia sytuacji zakładów na najbliższej, środowej sesji. W najbliższą niedzielę planują z kolei manifestację na Starym Rynku. - Pan prezydent próbuje nas skłócać ze społeczeństwem, dlatego chcemy zorganizować publiczne zgromadzenie, na Starym Rynku, przed ratuszem - informuje Andrzej Arndt. - Chcemy zapytać społeczeństwa, które przyjdzie, czy komunikacja jest zła i trzeba ją rozwalić, czy dają nam glejt, żebyśmy mogli dalej funkcjonować - tłumaczy.

Manifestacja ma odbyć się w niedzielę o 15.00 na Starym Rynku.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny