Bydgoszcz zaciągnie 240 mln złotych kredytu, by dokończyć rozpoczęte inwestycje. Na nowe nie ma już pieniędzy

Bydgoszcz nie ma pieniędzy na nowe inwestycje. Te, które są rozpoczęte, wymagają zaciągnięcia dużego kredytu, by w ogóle móc je dokończyć. Za fatalną sytuację finansową, władze miasta obwiniają galopującą inflację oraz niekorzystne dla samorządów działania rządu. - Możemy tak działać rok, dwa. Pytanie co dalej? - słyszymy w ratuszu.
Zobacz wideo

Na koniec roku miasto będzie miało tylko 2,7 miliona złotych nadwyżki operacyjnej, czyli własnych pieniędzy na inwestycje. - Trzy lata temu były to 292 miliony złotych - mówi wiceprezydent Bydgoszczy Michał Sztybel. - Przy skali inwestowania około 500 milionów złotych rocznie w poprzednich latach, to pokazuje, jaki to istotny dla nas ubytek - tłumaczy.

240 milionów kredytu, by dokończyć inwestycje

W związku z bardzo złą sytuacją finansową, w budżecie Bydgoszczy nie ma już pieniędzy na nowe inwestycje, które mogłyby być realizowane w kolejnych latach. Na te będące w toku ratusz będzie musiał zaciągnąć kredyt w banku. - W tym roku jest to 240 milionów złotych - informuje zastępca prezydenta. - Wszędzie tam, gdzie są pieniądze unijne, to uważamy, że warto się zadłużać. Druga kategoria to są inwestycje, które są już rozpoczęte, a które nie mają zewnętrznego finansowania, jak choćby basen na Miedzyniu. Nie zatrzymamy już tej budowy, po prostu musimy ją dokończyć - tłumaczy Sztybel.

Urzędnicy zamierzają też sfinalizować mniejsze, ale ważne dla mieszkańców inwestycje, które są już zaprojektowane, np. przebudowa placu Wolności czy Rybiego Rynku. Nowych inwestycji jednak nie będzie. - Deklarowanie kolejnych basenów, stadionów jest wykluczone w tym momencie, bo nikt odpowiedzialny by takiej deklaracji nie złożył - dodaje Sztybel.

Udział w podatku PIT powinien wzrosnąć do 70-80 procent

Za fatalną sytuację finansową władze miasta obwiniają galopującą inflację oraz niekorzystne dla samorządów działania rządu. W Bydgoszczy pieniądze z nadwyżki operacyjnej pożerają m.in. 300-procentowe podwyżki rachunków za energię elektryczną w budynkach, które mają instalacje fotowoltaiczne czy rosnące koszty utrzymania komunikacji publicznej.

Samorządowcy wskazują też na niekorzystne dla nich działania rządu, m.in. obniżkę podatku PIT, która oznacza dużo mniejsze wpływy do lokalnych budżetów. Zdaniem Michała Sztybla wszystkie gminy, powiaty i miasta powinny mieć większy udział w podatku dochodowym od osób fizycznych. - Ze złotówki podatku nie powinno wracać 50 groszy, tylko 70-80 groszy, a nawet całość tego podatku powinna iść tam, gdzie człowiek mieszka, do jego wspólnoty lokalnej. Cele ogólnopolskie rząd może finansować z innych podatków, na przykład z VAT-u. Może też nakładać nowe daniny, na przykład podatek cukrowy. Samorządy nie mają takiej możliwości - tłumaczy wiceprezydent.

Przyszłość miasta rysuje się w ciemnych barwach. - Jeszcze możemy zadłużać się, by dokończyć zadania, które rozpoczęliśmy, ale też nie możemy tego robić w nieskończoność - tłumaczy Sztybel. - Tak jak w budżecie domowym - jeśli nie będziemy mieli na ratę kredytu, to nie dostaniemy kolejnych. Do tego nie możemy dopuścić. Pytanie jest, co dalej? - rozkłada ręce wiceprezydent.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny