Romskie dzieci z Ukrainy mają problem z dostaniem się do szkół. "Niestety, spotkaliśmy się z uprzedzeniami"

Aktywiści z krakowskiej organizacji Salam Lab wskazują, że romskie dzieci z Ukrainy nie mogą znaleźć miejsca w szkołach. - Część dyrektorów szukała wymówek, by ich nie zapisać. Usprawiedliwiali się na przykład tym, że mają bardzo dużo dzieci z Ukrainy i kolejnego już nie mogą przyjąć - słyszymy.
Zobacz wideo

W krakowskich szkołach jest obecnie około 6 tysięcy uczniów z Ukrainy, choć zapisy jeszcze trwają. Ostateczna liczba powinna być znana po 30 września. Wiadomo, że w kilkunastu placówkach są oddziały przygotowawcze (wyłącznie dla ukraińskich dzieci), a w innych - mali Ukraińcy są dołączani do polskich klas. W blisko 50 szkołach w Krakowie pracują asystenci międzykulturowi. Jest również 140 asystentów nauczyciela, władających językiem ukraińskim lub rosyjskim. 

Do krakowskich placówek trafili uczniowie z różnych rejonów Ukrainy. Wśród nich znalazła się grupa romskich dzieci. Szacuje się, że przed inwazją Rosji w Ukrainie żyło od 400 tysięcy do nawet pół miliona Romów. Ta liczba może być jednak znacznie większa. Do Polski dotarło co najmniej kilkanaście tysięcy z nich.

Zapisanie grupy około 20 romskich dzieci do szkół w Krakowie - jak mówi nam Karol Wilczyński z organizacji Salam Lab - nie było łatwe. Udało się, po licznych perturbacjach. - To nie jest nowy problem, bo dotyczy też polskich Romów - przyznaje nasz rozmówca. - Ale w przypadku ukraińskich jest jeszcze gorzej. Oni nie są tylko Romami, ale jeszcze są z Ukrainy. Często nie mówią po polsku. Niestety, spotkaliśmy się z uprzedzeniami w części polskich szkół - dodaje dr Wilczyński. 

Jak mówi, spotykał się z różnymi sytuacjami. - Część dyrektorów szukała wymówek, by dzieci romskich nie wpuścić do szkół, by ich nie zapisać. Usprawiedliwiali się na przykład tym, że mają bardzo dużo dzieci z Ukrainy i kolejnego już nie mogą przyjąć. Tyle tylko, że jednocześnie zapisywali białe dziecko z Ukrainy i to nie stanowiło problemu. Takich sytuacji znam sporo - przyznaje nasz rozmówca.

Przekonuje, że w każdym przypadku aktywiści z Salam Lab starali się znaleźć dla danego dziecka inną szkołę, w której uda się znaleźć miejsce bez problemów i proszenia się. - Wiadomo przecież, że nie chodzi o to, by zapisywać takiego ucznia na siłę - do szkoły, która go nie chce. Ważne, żeby to dziecko miało szansę rozwijać się w przyjaznej atmosferze, ze wsparciem nauczycieli i nauczycielek, całego personelu - mówi Wilczyński. 

Joanna Talewicz, która od lat zajmuje się tematyką romską, jest też tegoroczną laureatką Nagrody im. Olgi Kersten-Matwin (za pomoc uchodźcom), nie ma wątpliwości, że kluczowe są rozwiązania systemowe.

- Polski system edukacyjny i programy w nim realizowane powinny być odpowiedzią na wszelkie wyzwania, które obserwujemy w naszym rzeczywistym życiu. Prawda jest taka, że od dawna nie jesteśmy społeczeństwem homogenicznym, wśród nas są różne mniejszości. Nie jesteśmy już krajem tranzytowym, ale krajem, gdzie mieszkają i chcą mieszkać migranci i migrantki - mówi Talewicz. 

"Choćbyśmy zamknęli wszystkie granice, to nie możemy tego zatrzymać"

Jak dodaje, musimy być na wielokulturowość przygotowani. - Różnorodność nie może być postrzegana wyłącznie przez pryzmat super sushi, włoskiej pizzy czy możliwości nauki samby i salsy. Nie może być tak, że jak pojawiają się problemy czy wyzwania, to już mniej nam się ta wielokulturowość podoba - mówi Talewicz. - Wielokulturowość jest i będzie, choćbyśmy zamknęli wszystkie granice i odgrodzili się jeszcze wyższymi murami, to nie możemy tego zatrzymać. Trzeba się przygotowywać na rozmaite napięcia i wyzwania, które są częścią różnych procesów - dodaje.

W jej ocenie - kluczowa jest edukacja antydyskryminacyjna, której brakuje - również w kontekście dzieci romskich. 

Talewicz podkreśla też, że w Polsce wielokulturowość błędnie stawia się w opozycji do patriotyzmu. - A to przecież nie są dwa przeciwstawne bieguny. Dlatego ważne są też działania oddolne - w tym wspieranie nauczycieli i nauczycielek, którzy są obciążani odpowiedzialnością, że jak coś nie wychodzi, to jest to ich wina. A oni też często nie mają narzędzi - mówi aktywistka. 

Takie organizacje jak Salam Lab z Krakowa czy Fundacja "W stronę dialogu", której prezeską jest Joanna Talewicz, podejmują działania m.in. w ramach edukacji antydyskryminacyjnej w szkołach. - Gdybyśmy mieli systemowe działania zapobiegające dyskryminacji, to nie dochodziłoby do różnych niepokojących zachowań - mówi Karol Wilczyński.

- Oczywiście, jest część nauczycieli, którzy sami wychodzą z propozycjami mikrorozwiązań. Starają się wspierać dzieci cudzoziemskie, służyć pomocą, ale jednocześnie jest też część dyrektorów i nauczycieli, którzy mają zupełnie inne zdanie i zachowują się w sposób dyskryminujący, również wobec osób pochodzenia romskiego - dodaje aktywista Salam Lab. 

Od początku wojny w Ukrainie było wiadomo, że Romowie nie są dobrze traktowani. W ośrodkach recepcyjnych pojawiały się wyzwiska, nietolerancja czy niechęć. Dyskryminacja dotyczyła też i wciąż dotyczy dzieci.

Jak wynika z opublikowanego właśnie raportu na temat sytuacji romskich uchodźców z Ukrainy, ich sytuacja jest wyjątkowo trudna. Wyniki monitoringu ujawniają dyskryminację i podwójne standardy stosowane względem romskich uchodźców i uchodźczyń z Ukrainy. Romowie i Romki, chociaż uciekają przed tą samą wojną – z powodu silnych stereotypów i niechęci – stali się uchodźcami „drugiej kategorii". Amnesty apeluje do rządu o zapewnienie równego traktowania wszystkim, którzy uciekają do Polski przed rosyjską agresją i monitorowania pod tym kątem sytuacji w ośrodkach recepcyjnych.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny