Urządzają sobie wycieczki po kanałach i chwalą się tym w sieci. "To całkowity brak wyobraźni"

W internecie pojawiają się zdjęcia i filmiki wykonane w łódzkich kanałach. Wrzuca je głównie młodzież lub nawet dzieci. Wodociągowcy łapią się za głowy i apelują do rodziców, by zwracali uwagę na to, co w wolnym czasie robią ich pociechy.
Zobacz wideo

W Łodzi jest około 2000 km sieci kanalizacyjnej. Nie ma możliwości ciągłego kontrolowania ponad 50 tysięcy włazów do kanałów. Obowiązuje zakaz wchodzenia pod ziemię. Włazy są zabezpieczone specjalnymi kratami. Mimo to nie brakuje chętnych do ich forsowania i lekceważenia zakazu. - Apelujemy do rodziców, żeby sprawdzali, co robią ich dzieci w czasie wolnym - mówi Miłosz Wika, rzecznik Zakładu Wodociągów i Kanalizacji w Łodzi. I dodaje, że filmiki z wyczynami małolatów - właśnie w kanałach - można znaleźć w internecie.

Pewien młody człowiek wszedł ostatnio do kanału jednej z łódzkich rzek w klapkach. - Ten kanał jest dość głęboko osadzony pod ziemią. Studzienki złazowe mają tam około 10-12 metrów. Nie wyobrażam sobie, żeby w klapkach można było tam zejść i wejść z powrotem. Całe szczęście nic się nie stało. To jednak całkowity brak wyobraźni - przekonuje Wika.

W kanałach w każdej chwili może pojawić się łatwopalny i duszący gaz. Siarkowodór w dużym stężeniu, nawet przy jednym wdechu, może spowodować śmierć. Może też być przyczyną omdlenia lub utraty przytomności. - Kanały rzek mają to do siebie, że tam nagle może pojawić się woda. Wystarczy jakaś nawet niewielka burza na Stokach i w centrum miasta mamy kanały pełne wody. Można się utopić - przestrzega nasz rozmówca Wika. - Widziałem też nagraną sytuację, że ktoś wchodził do kanału z otwartym ogniem - dodaje.

Pracownicy wchodzą, bo muszą

Poruszanie się w kanałach do przyjemności nie należy. Chodzi się po ściekach, do tego dochodzi fetor. Tym bardziej trudno zrozumieć osoby, które ciągnie do zwiedzania rur znajdujących się pod ziemią.

Czasem muszą tam wchodzić pracownicy Zakładu Wodociągów i Kanalizacji. W tym przypadku jednak przestrzegane są wszelkie zasady bezpieczeństwa. - Ze względu na zagrożenie wybuchem gazów włazy kanalizacyjne otwiera się przy użyciu narzędzi, które nie iskrzą. Przed zejściem pracowników pod ziemię kanały są wietrzone, następnie pod ziemię jest opuszczany czujnik poziomu gazów i lampa Davy'ego, czyli lampa górnicza pomocna w wykrywaniu wybuchowych gazów i poziomu tlenu - opisuje dokładnie Miłosz Wika.

Co ważne - pracę ludzi pod ziemią zawsze nadzoruje czuwająca na powierzchni brygada ratunkowa. - Gdy widzimy pracowników ZWiK-u stojących nad studzienką i myślimy, że oni nic nie robią, tylko się obijają, to nie jest to prawda - twierdzi Wika. - Oni czuwają nad bezpieczeństwem swoich kolegów, którzy są pod ziemią. W każdym momencie są gotowi podjąć akcję ratunkową - dopowiada. Są wyposażeni w ucieczkowy aparat tlenowy, apteczkę, radiotelefon, lampy i linki asekuracyjne. - Nad zejściem do kanału rozstawiają oni windę ewakuacyjną, mają też obowiązek obserwowania wskazań czujników gazów i co jakiś czas muszą kontaktować się z osobami pracującymi pod ziemią - mówi.

Droga ucieczki z kanałów na powierzchnię jest niekiedy niemożliwa. Część włazów w Łodzi ma zatrzaskowe zamki. Nie można otworzyć ich od wewnątrz. W kanałach jest bardzo ślisko, łatwo można się skaleczyć.

To się może skończyć karą

Publikowanie w sieci filmów z nielegalnego wchodzenia do łódzkich kanałów to zachęcanie innych do naśladowania tego typu zachowań. - To może skłonić jakieś dziecko czy młodego człowieka do dokonania takiego samego wyczynu. To, że jednemu się udało, nie znaczy, że innemu też się uda - twierdzi Miłosz Wika. - Gdyby coś się stało, to mogłaby do takiej osoby, która zachęciła kogoś do tak niebezpiecznego zachowania, zapukać policja - dodaje.

Należy też wziąć pod uwagę to, że pod ziemią telefony nie mają zasięgu. W razie jakiegoś zdarzenia nie wezwiemy pomocy.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny