"Halo! Pogotowie?". Medycy w Łodzi podsumowali rok: Nieuzasadnione wezwania wywołują frustrację

170 tysięcy razy wyjeżdżała karetka pogotowia na wezwanie do mieszkańców Łodzi i regionu. Ponad połowę wezwań uznano za nieuzasadnione. Medycy jeździli m.in. do awantur domowych. - Raz żona wezwała pogotowie, aby zrobić na złość pijanemu mężowi - opowiadają.
Zobacz wideo

"Dzień dobry. Pogotowie? Mój mąż źle się czuje. Wydaje mi się, że ma zawał albo coś podobnego. Nie może złapać oddechu. Możecie przyjechać?" - takie wezwania dyspozytorzy pogotowia odbierają od mieszkańców regionu bardzo często. Gdy przyjeżdżają na miejsce, nierzadko okazuje się, że sytuacja wcale nie wymaga wezwania karetki. Pacjent rzeczywiście narzeka na złe samopoczucie - ma stan podgorączkowy albo jest zmęczony. Często też wzywa medyków, aby wypisali mu zwolnienie lekarskie lub receptę. W takim wypadku pacjent może (i powinien) udać się po pomoc do lekarza w przychodni, a nie wzywać do domu pogotowie. 

- Są sytuacje, że jesteśmy na nieuzasadnionej interwencji i wtedy dzwoni człowiek, który rzeczywiście potrzebuje pomocy. Pojawiają się wtedy takie myśli: może gdybym nie pojechał do tej wcześniejszej wizyty, to może dojechałbym szybciej do tej osoby, która jest w stanie zatrzymania krążenia i zdążył pomóc - mówi Adam Stępka, rzecznik Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi, która właśnie podsumowała miniony rok. 

Wcale nierzadko zdarza się, że karetka jedzie na wezwanie, gdzie nie ma zagrożenia zdrowia. A równocześnie okazuje się, że na drugim końcu miasta czyjeś życie jest jednak zagrożone. Wtedy interweniować musi np. straż pożarna. - Nieuzasadnione wezwania wywołują w nas pewną frustrację - przyznaje Stępka. - Moglibyśmy gdzieś dojechać wcześniej albo po prostu zjeść w spokoju kanapkę. Czasem jest tyle wezwań, że na dyżurze nie ma kiedy pójść do toalety, a co dopiero na obiad - dodaje.

Adam Stępka, rzecznik Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi,Adam Stępka, rzecznik Wojewódzkiej Stacji Ratownictwa Medycznego w Łodzi, Katarzyna Giedrojć

Zadzwoniła po pogotowie na złość mężowi

Z zestawienia ratowników wynika, że kilkanaście interwencji - w minionym roku - dotyczyło awantur domowych bądź konfliktów między opiekunem i osobą ubezwłasnowolnioną.

- Jeden przypadek dotyczył wezwania, gdy żona zadzwoniła po pogotowie ratunkowe do rzekomo nieprzytomnego męża. Ten wrócił z pracy pod wpływem alkoholu. Nie reagował na jej docinki. Chciała wyrazić swoje niezadowolenie, więc na złość jemu wezwała pogotowie - wspomina rzecznik. - Ludzie, którzy tak się zachowują, często są później w stosunku do nas opryskliwi czy nawet agresywni. Musimy to znosić - dodaje.

Zespół ratownictwa medycznego nie może w takiej sytuacji wystawić mandatu. Może prosić o interwencję policję - w przypadku, kiedy dochodzi do tzw. fałszywego wezwania. Mowa na przykład o sytuacji, w której ktoś dzwoni na pogotowie do osoby rzekomo nieprzytomnej, leżącej na chodniku czy przystanku. Jeśli wzywający pogotowie nie zostaje z nieprzytomnym, a ratownicy dojeżdżają na miejsce i rzekomego nieprzytomnego nie ma - wzywający powinien dostać karę. W praktyce jednak medycy rzadko informują o takich zdarzeniach policję.

COVID-19 widoczny w statystykach

Jeśli chodzi o najczęstsze przyczyny wezwania karetki w ubiegłym roku - były to dolegliwości związane z układem krążenia. Na drugim miejscu znalazły się obrażenia ciała. - Rośnie to sezonowo. W okresie wakacyjnym więcej wyjeżdżamy do wypadków, złamań i innych urazów. Można to tłumaczyć większą liczbą zdarzeń drogowych, bo częściej podróżujemy, ale też sposobem na spędzanie wolnego czasu. Wsiadamy wtedy na rower, hulajnogę czy rolki - wyjaśnia rzecznik pogotowia.

Najwięcej razy łódzkie pogotowie wyjeżdżało w czasie kolejnych fal epidemii koronawirusa. W marcu było to 2 515 wyjazdów, a w kwietniu - 2888. Po wakacyjnej przerwie i spadku liczby zachorowań na COVID-19, kolejną "górkę" widać znów w listopadzie i grudniu - odpowiednio 2 268 i 2 349 wyjazdów.

Medycy zwracają uwagę, że osoby objęte izolacją lub kwarantanną nie mogą udać się do lekarza. Gdy coś się dzieje, od razu dzwonią więc po pogotowie. - Nieprawdą jest też to, że na COVID-19 nie chorują najmłodsi. Jeździmy również do dzieci objętych kwarantanną i w złym stanie, które wymagają tlenoterapii oraz pomocy medycznej. Udzielałem pomocy rocznemu dziecku z wysoką gorączką i strasznym kaszlem. Z duszą na ramieniu odwoziłem to dziecko do szpitala na ulicę Sporną w Łodzi - opowiada ratownik medyczny.

Alkohol przyczyną wyjazdów karetek

Często zdarza się, że medycy są wzywani na… imprezy - zwłaszcza te mocniej zakrapiane alkoholem. - Jesteśmy niemalże na każdej imprezie. Od chrzcin, przez komunię, po imprezy urodzinowe i wesela - wylicza Adam Stępka. - Alkohol jest przyczyną na przykład przewrócenia się i urazów kończyn górnych czy dolnych. Do tego dochodzą urazy głowy. Alkohol wywołuje też bójki i wtedy jesteśmy wzywani do stanu po pobiciu - podaje.

Liczba wyjazdów do osób pod wpływem alkoholu zwiększa się w okresie wakacyjnym i świątecznym. Dotyczy to zarówno Bożego Narodzenia, jak i Wielkanocy. Najmłodsza osoba pod wpływem alkoholu, jakiej nasz rozmówca udzielał pomocy w minionym roku, miała 14 lat. Najstarsza - 87 lat.

Do wezwań związanych z alkoholem pogotowie jeździ zarówno do większych miast, jak i do wsi. Medycy udzielają również pomocy osobom, które z powodu wypicia zbyt dużej ilości alkoholu czy zażycia środków psychoaktywnych przebywają gdzieś samotnie na zewnątrz. - W sezonie jesienno-zimowym taka osoba mogłaby zamarznąć - zwraca uwagę rzecznik pogotowia.

Jeśli chodzi o interwencje po dopalaczach - te dotyczą głównie młodzieży. Choć łódzkie pogotowie odnotowało również przypadki takich wyjazdów do osób w wieku około 40 lat. - Znamy przypadki z minionego roku, gdzie na skutek dopalaczy dochodziło do zatrzymania krążenia i ta osoba z tego powodu była transportowana do szpitala - podaje Stępka.

Najwięcej wyjazdów odnotowywanych jest w Łodzi. Mniej w powiatach, w których większość stanowią mniejsze wsie.

Tam, gdzie występują duże zbiorniki wodne czy duże szlaki komunikacyjne, więcej wezwań jest latem, w okresie urlopowym.

W kombinezonach ochronnych

Wraz z rozpoczęciem pandemii koronawirusa "oprzyrządowanie" medyków uległo zmianie. Wielu z nas kojarzy biały lub pomarańczowy kombinezon ochronny, w którym do dziś ratownicy jeżdżą obowiązkowo do osób z podejrzeniem COVID-19. 

Po rozpoczęciu akcji szczepień na szerszą skalę decyzja, czy ratownik medyczny zakłada taki kombinezon w innych przypadkach, należy już do niego. - Wielu się na to decyduje, bo zdajemy sobie sprawę z tego, że wzywający może być zakażony koronawirusem, ale o tym nie wie. Chorobę może przechodzić bezobjawowo - podkreśla Stępka. Choć przyznaje, że praca w takim kombinezonie nie jest łatwa. - Zwłaszcza w okresie letnim. Jest nieprzepuszczalny. My pod nim mamy po prostu saunę. Nie jest to zbyt komfortowe, zwłaszcza wtedy, gdy z tej karetki się nie wysiada praktycznie cały dyżur - przyznaje.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny