"Czasem to kilkanaście wezwań o pomoc na dobę". Na polsko-białoruskim pograniczu wciąż umierają ludzie

Ostatnią ofiarą kryzysu humanitarnego na pograniczu jest ciemnoskóry mężczyzna, najprawdopodobniej Sudańczyk. Utonął w rzecze Świsłocz. Takich ofiar będzie więcej, nadchodzi kolejna zima - ostrzegają grupy pomocowe. I same proszą o wsparcie.
Zobacz wideo

Podczas trwającego od ponad roku kryzysu humanitarnego przy białoruskiej granicy życie straciło już 27 osób. Przynajmniej oficjalnie - tyle ciał udało się bowiem odnaleźć. Kolejnych kilkadziesiąt osób zaginęło, niektóre miesiące temu. Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że one też nie żyją.

- W przypadku potwierdzonych śmierci, wobec których prowadzono jakiekolwiek dochodzenia, przyczyną większości zgonów było albo wychłodzenie, albo utonięcie - mówi Katarzyna Czarnota z Grupy Granica, niosącej pomoc na polsko-białoruskim pograniczu.

Podkreśla, że tych tragedii można było uniknąć. - Największym problemem kryzysu humanitarnego po polskiej stronie granicy jest stosowanie przez służby wywózek - nielegalnego wypychania ujętych migrantów z powrotem do Białorusi. To one stanowią pośrednie, a czasami nawet bezpośrednie zagrożenie dla ich zdrowia lub życia - zaznacza.

Według prawa międzynarodowego, unijnych dyrektyw i krajowych przepisów każda osoba, jaka znajdzie się na terenie Polski, ma prawo poprosić tu o ochronę. Ochronie podlegają również ci, którzy tego nie zrobią - przed ich wydaleniem należy sprawdzić, czy nie narazi ich to na niebezpieczeństwo. Ta procedura ma też znaczenie dla bezpieczeństwa samej Polski - umożliwia rejestrowanie migrantów i sprawdzenie, kto się tu próbuje dostać, czy na przykład nie jest terrorystą.

Tyle teoria. W praktyce polskie władze od roku - wielu złapanych na pograniczu, ale już w Polsce migrantów - po prostu wypychają, często siłowo, z powrotem do Białorusi. Choć wiedzą, że będą oni tam narażeni na różne niebezpieczeństwa - pobicia, kradzieże, gwałty. To zaś sprawia, że migranci unikają polskich służb. Toną w bagnach i rzekach. Albo zamarzają w polskich lasach.

Nielegalne wywózki

Tylko w okresie od lipca do października Grupa Granica udokumentowała 250 takich wywózek. Ile ich było w rzeczywistości, trudno powiedzieć. Grupa jest jednym z kilku podmiotów pomagających w pograniczu. Działa tu też Fundacja Ocalenie, Podlaskie Ochotnicze Pogotowie Humanitarne, Białowieska Akcja Humanitarna czy Klub Inteligencji Katolickiej. Pomoc niosą też zwykli mieszkańcy pogranicza, którzy nie zgadzają się na to, by z powodu postawy państwa na ich progach umierali ludzie.

Wywózki, nazywane w oficjalnych komunikatach służb "odstawieniem do linii granicy" to niejedyny problem. Z zebranych przez wolontariuszy i Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich relacji migrantów wynika, że mundurowi nagminnie odmawiają przyjęcia od nich wniosków o ochronę międzynarodową, nie zapewniają tłumaczy, wprowadzają w błąd co do procedur.

Równocześnie służby chętnie chwalą się skutecznością. Newsletter Straży Granicznej codziennie informuje o ujawnieniu od kilkunastu do kilkudziesięciu prób przekroczenia granicy. W praktyce nie wiadomo, co to oznacza. Równie dobrze może bowiem chodzić o osoby, które służby zauważyły po białoruskiej stronie, jak i te, które złapały na samej granicy, ale również te, które dostały się już do Polski i zostały stąd nielegalnie wypchnięte. Przy czym nielegalność działań Straży Granicznej w tym zakresie nie jest kwestią dyskusyjną; wprost potwierdzają ją kolejne wyroki sądów.

Mur nowych problemów

Wiele osób jednak granicę skutecznie przekracza. - Od początku lipca do połowy października otrzymaliśmy prośby o pomoc humanitarną od 1642 osób, w tym 68 dzieci. Udało nam się pomóc 1172 osobom, w tym 56 dzieciom. 1119 osobom udzieliliśmy pomocy humanitarnej, 55 prawnej, a 199 specjalistycznej medycznej - wylicza Katarzyna Czarnota.

Wolontariuszka podkreśla, że wybudowany w ekspresowym tempie i z pominięciem procedur mur graniczny, na który rząd PiS wydał półtora miliarda złotych, w sytuacji niewiele zmienił. A jeśli, to na gorsze. - On jest narzędziem nie tyle do zatrzymywania osób migrujących, co do zadawania bólu. Osoby spadają z tego muru, mają złamania, zwichnięcia, rany od drutu żyletkowego. Nadal przechodzą, tyle że potem potrzebują bardziej specjalistycznej pomocy - mówi wolontariuszka.

O tym, że mur wpływa na charakter obrażeń, mówi też Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie.

- On nie stoi wszędzie. Niektórzy próbują, czasem skutecznie, się przez niego przedostać - górą albo podkopami. Inni go omijają, na przykład przez bagna czy rzeki, co też wiąże się z ryzykiem i urazami. Mur niczego nie rozwiązał, bo nie mógł rozwiązać. Próbowano w wielu miejscach na świecie, zawsze z takim samym efektem - wylicza.

Potrzeba pieniędzy, kurtek i medyków

Grupy pomocowe nie narzekają więc na brak pracy. Jak relacjonuje Kalina Czwarnóg, czasem jest to nawet kilkanaście wezwań o pomoc na dobę, głównie nocą. Najczęściej nie potrzeba wiele - suche ubrania, śpiwory, powerbanki. Kilka miesięcy temu grupy pomocowe otrzymywały wsparcie z całej Polski. Ludzie wysyłali kurtki, wysyłali też pieniądze.

- Kiedy zaczęła się inwazja na Ukrainę, w naturalny sposób uwaga darczyńców skierowała się w tamtą stronę. Zainteresowanie tym, co dzieje się tutaj, jest znacznie mniejsze - mówi Czwarnóg.

Czarnota dodaje, że w powszechnym odbiorze na granicy z Białorusią nic już się nie dzieje.

- Często kontaktujemy się z organizacjami międzynarodowymi. I one są zdziwione tym, że ten kryzys wciąż trwa. Polski rząd dość skutecznie wysyła sygnały o tym, że jest mur, że polityka militaryzacji granicy działa i problem się skończył. Swoje dokłada też część mediów, które albo nieszczególnie interesują się tym, co się tu dzieje, albo prowadzą świadomą politykę dehumanizacji migrantów - podkreśla.

Większość grup pomocowych z pogranicza prowadzi w internecie zbiórki środków. Swoją "Zrzutkę" ma Grupa Granica, Ocalenie czy Podlaskie Ochotnicze Pogotowie Humanitarne. Jak podkreślają wolontariuszki, pomoc kosztuje, więc każda złotówka się przyda. - Nadchodzi kolejna zima, mamy już za sobą pierwsze noce z przymrozkami. Najbardziej brakuje nam teraz ciepłych rękawiczek i kurtek oraz butów w dużych rozmiarach - wylicza Czwarnóg.

Brakuje też wolontariuszy i osób, które będą gotowe w dzień i w nocy, często z ważącymi kilkadziesiąt kilogramów plecakami, nieść bardzo obciążającą psychicznie pomoc.

- Na pewno super byłoby mieć więcej ludzi. Na pewno takich, którzy mogą prowadzić samochód. A w ogóle najlepiej byłoby mieć na pokładzie osoby, które mają wykształcenie i doświadczenie medyczne. Wielu rzeczy się przez ten rok nauczyliśmy również w tym zakresie, ale na przykład wlewu dożylnie nikomu nie zrobię. A czasem jest taka potrzeba - podsumowuje Czwarnóg.

Nie odpowiadajmy złem na zło

Działacze grup pomocowych zgodnie podkreślają, że humanitarny kryzys na polsko-białoruskim pograniczu nie zniknie. Wywołuje go białoruski dyktator, mamiący migrantów wizją łatwej drogi do Unii Europejskiej.

- Migranci i migrantki będą wykorzystywani przez funkcjonariuszy państwa białoruskiego. Ale jednocześnie nasza odpowiedź nie powinna być tożsama. Polska nie może odpowiadać przymusem i dehumanizacją na przymus i dehumanizację z tamtej strony. Powinniśmy reagować w oparciu o prawo, poszanowanie godności i podjęcie wszelkich starań, żeby każda osoba na pograniczu czuła się bezpiecznie - apeluje Katarzyna Czarnota.

Inaczej, jak mówi, na polskiej ziemi umierać będą kolejni ludzie.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny