"Powiedzieliśmy: OK, możemy żyć nadzieją, że nie dojdzie do najgorszego". Wojna zmieniła wszystko

Anna Gmiterek-Zabłocka
Przed wybuchem wojny społeczność ukraińska wcale tu nie miała lekko. Niektórzy bali się nawet mówić we własnym języku. - Wiedzieliśmy, że w razie najgorszego wszyscy staną na wysokości zadania - mówią działacze Związku Ukraińców. I tak też się stało. 24 października mija osiem miesięcy wojny w Ukrainie. Dla ludzi w Przemyślu to też osiem miesięcy ciężkiej pracy i pomagania. W końcu znaleźli się na pierwszej linii.
Zobacz wideo

Przemyśl to miasto na Podkarpaciu, któremu Ukraińcy przyznali tytuł "Miasta - Ratownika". Od pierwszych dni wojny znalazło się bowiem na pierwszej linii pomagania. To tutaj przyjeżdżały pociągi z Ukrainy, a przez miejscowy dworzec kolejowy przewinęły się setki tysięcy ludzi uciekających przed rosyjską agresją. Uchodźcy dalej jadą, choć jest ich mniej niż w pierwszych miesiącach wojny. 

Przemyśl to także miasto, w którym mieszka największa część mniejszości ukraińskiej w Polsce.  Wcześniej nie było jej tu łatwo. Ukraińcy i Ukrainki niejednokrotnie bali się chodzić w wyszywanych ukraińskich koszulach czy mówić po ukraińsku. Bywało różnie - przypomnijmy choćby napad środowisk narodowych na ukraińską procesję w Przemyślu w 2016 roku.

Wojna jednak zmieniła wszystko. 

- Zanim był 24 lutego, mniej więcej dwa tygodnie wcześniej, spotkaliśmy się w przemyskim zarządzie Związku Ukraińców i powiedzieliśmy sobie: "OK, możemy żyć nadzieją, że nie dojdzie do najgorszego [czyli wojny - red.]", ale postawiliśmy sobie też pytanie: "Gdyby jednak do tego najgorszego doszło, to co wtedy możemy zrobić?" - opowiada Igor Horków ze Związku Ukraińców.

Jak dodaje, od początku wiadomo było, że ich najważniejszym atutem jest to, że biegle mówią po ukraińsku. - Wiedzieliśmy też, że mamy stały zespół wolontariuszy, czyli około 70 osób, plus budynek Domu Ukraińskiego, w którym jest duża sala teatralna i można byłoby tam rozłożyć łóżka polowe - dodaje.

Najgorszy scenariusz niestety się spełnił. Zaczęli działać 24 lutego, bardzo wcześnie rano. 

- Główkowaliśmy, jak pomóc. Przypomnieliśmy sobie historyczne położenie Przemyśla i to, że podobnie było choćby w czasie Wielkiego Głodu w Ukrainie. W Przemyślu też powstawał wtedy komitet pomocowy, podobnie w czasie II wojny światowej. W takich tragicznych sytuacjach ludzie zawsze stawali na wysokości zadania i pomagali - mówi Maria Tucka ze Związku Ukraińców, przed laty założycielka Ukraińskiej Szkoły w Przemyślu. Jak dodaje, także teraz trzeba było zakasać rękawy i pokazać, że Przemyśl potrafi pomagać.  

W pomaganie od początku włączyli się też Polacy. Części z nich do tej pory nie było po drodze ze społecznością ukraińską. Niektórzy - mimo że mieszkają w Przemyślu od zawsze - w tutejszym Domu Ukraińskim nie byli nigdy. W obliczu wojny to nie miało jednak znaczenia.

- Przychodzili do nas, do Domu Ukraińskiego, niemal non stop. Przynosili wszystko: i materace, i łóżka polowe, i żywność. Każdy chciał pomóc, uprzedzenia i stereotypy poszły na bok - wspominają nasi rozmówcy. W szczytowym momencie potrzeba było dziennie nawet 150 wolontariuszy. Nie było z tym problemu. - Miałam listę, a na niej również mnóstwo Polaków. Dzwoniłam, pytałam, czy dana osoba może przyjść wtedy i wtedy. I słyszałam, że oczywiście, ale czy może wziąć ze sobą kolegę czy koleżankę. I tak nasze grono się poszerzało - mówi Ksenia Komar ze Związku Ukraińców, która do wojny mieszkała i studiowała w Krakowie, ale potem wróciła do Przemyśla, by pomagać. 

Co człowiek to inna historia

- Przyjechała do nas między innymi kobieta z córką. Od nas pojechały do Krakowa, ale matka źle się poczuła i nie miała się gdzie podziać, więc wróciły. Skierowaliśmy ją na badania do szpitala. Okazało się, że niestety jest w ostatnim stadium choroby onkologicznej. Trafiła do szpitala w Rzeszowie. Jeździliśmy przez kilka dni z jej córką, by mogła się pożegnać z mamą. Ostatecznie jedna z naszych wolontariuszek wzięła prawną opiekę nad tą 17-latką i przyjęła ją do siebie do domu - opowiada Igor Horków. 

Pamięta też historię trójki dzieci w wieku 12, 14 i 16 lat, które same uciekły z Ukrainy. - Ich ojciec zginął w pierwszym tygodniu wojny, a mama była w Kanadzie. Dzięki dobremu człowiekowi, który się nimi początkowo zaopiekował, trafiły do nas. Ten pan, zanim je nam oddał pod opiekę, przyjechał, by nas sprawdzić. Udało się pomóc, dzieci ostatecznie - po około miesiącu - poleciały do mamy, do Kanady. To była dramatyczna historia, bo mama jest daleko, ojciec zginął, a dzieci ciągle były w czyichś rękach, zawsze obcych - słyszymy. 

Igor Horków pamięta też mamę z czwórką dzieci, która przyjechała z Krzywego Rogu. - Po trzech dniach u nas w Domu Ukraińskim powiedziała, że nie jest w stanie dalej się tułać. Emocjonalnie tego nie wytrzymywała i postanowiła wrócić. Wracała w momencie, gdy Krzywy Róg był bardzo mocno ostrzeliwany. Nie wiemy, co się z nią stało - dodaje nasz rozmówca. 

Dworcowy ukraiński, którego uczyli się Polacy

Kluczowym miejscem w Przemyślu, jeśli chodzi o udzielanie pomocy uchodźcom, był dworzec kolejowy. To głównie tam trafiali Ukraińcy w pierwszej kolejności. Ksenia Komar podkreśla, że wolontariusze byli - i do dziś są - na tym dworcu potrzebni, by wspierać te osoby. - Pamiętajmy, że były dni, że w pociągu, który powinien pomieścić 600 osób, przyjeżdżało ich nawet 2,5 tysiąca. Pociąg ze Lwowa jechał przeważnie 24 godziny. Ciężkie i trudne 24 godziny, mimo, że do Lwowa jest przecież od nas bardzo blisko - mówi Igor Horków. 

Wolontariusze z Polski bardzo szybko "łapali" pojedyncze ukraińskie słowa: "w czym mogę pomóc", "proszę w prawo", "proszę w lewo", "za nic nie trzeba płacić", "tam można coś zjeść". Uczyli się ich, by móc pomagać. - Mówiliśmy, że to taki dworcowy ukraiński. Ale przyszedł też moment, że zaczęliśmy prowadzić lekcje języka ukraińskiego dla Polaków, co jest dla nas wielkim, ale i przyjemnym szokiem. W obliczu tej wojny wiele osób zaczęło nas - Związek Ukraińców w Przemyślu - postrzegać nie jako problem, ale jako organizację, która dużo wnosi i może ich wiele nauczyć - mówi Ksenia Komar. Języka ukraińskiego bardzo szybko zaczęli się uczyć m.in. przemyscy urzędnicy. 

W Domu Ukraińskim powstało tymczasowe miejsce pobytu dla uchodźców. W sali teatralnej spały mamy z dziećmi, osoby z niepełnosprawnościami, seniorki i seniorzy. Zdarzały się kobiety w ciąży czy osoby chore. Niektórzy przyjeżdżali na chwilę, by przenocować i jechać dalej, np. do Niemiec. Ale byli też tacy, którzy zostawali na dłużej. Od razu zorganizowano też miejsce zabaw dla dzieci.

Od chochelki do grantu

Było też m.in. wspólne gotowanie, a przy okazji niezwykłe historie. - Zjawiła się u nas duża międzynarodowa organizacja - zresztą było ich wiele - i zapytała, czego nam trzeba. A w kuchni akurat trwało gotowanie i ktoś powiedział, że brakuje pięciu chochelek do nalewania zupy. Potem dostaliśmy grant na dużą sumę, więc to taka historia od chochelki do grantu - śmieje się Igor. 

Działacze Związku Ukraińców gościli też - i do dziś goszczą - Ukrainki i Ukraińców w swoich domach. - Przez mój dom przewinęło się trochę osób. Do dziś mieszka mama z dzieckiem chorym na SMA, które musi być cały czas podłączone do respiratora. Nie mogą wrócić do siebie, jesteśmy w tym razem - opowiada Maria Tucka.

Pamięta też młodą kobietę z trzymiesięcznym dzieckiem, która nagle znalazła się na ulicy. Była w hotelu, ale wynajętym na krótko i musiała go opuścić. Zdesperowana zadzwoniła go kogoś bliskiego we Lwowie - tam znali numer do pani Marii. - Zadzwonili, pojechałam po młodą mamę i zabrałam ją do siebie - opowiada.

- Wojna jest czymś niewyobrażalnym  dramatycznym, ale przy okazji pojawiło się też dużo pozytywnych elementów, tutaj u nas w Przemyślu. Okazało się, że chcemy i umiemy się dogadać, że umiemy współpracować, zaprosić do siebie czy coś zaproponować. Absolwenci naszej Szkoły Ukraińskiej, którzy - w związku z wojną - przyjechali do nas, by pomagać, z całej Polski, byli pierwszym ogniwem pomocowym. Do dziś przyjeżdżają. I myślę, że to wszystko wpłynie na relacje polsko-ukraińskie w tym szerszym wymiarze - dodaje Maria Tucka.  

Igor Horków dodaje, że tuż przed wybuchem wojny do Przemyśla zjeżdżali dziennikarze z całego świata. Wiedzieli, że stąd bardzo blisko do Ukrainy, zaledwie kilkadziesiąc kilometrów. - Byli bardzo dobrze przygotowani, czytali o tym, że kilka lat wcześniej w Przemyślu doszło do ataku na ukraińską procesję. Pytali, co będzie teraz, jak mieszkańcy zachowają się w obliczu wojny. Odpowiadaliśmy - bez cienia wątpliwości - że na pewno staną na wysokości zadania i będą pomagać na ogromną skalę - mówią działacze Związku Ukraińców. Nie mylili się. Pomoc trwa do dziś, a Związek prowadzi m.in. hostel dla uchodźców. Wszystkie miejsca w nim są niemal codziennie zajęte.  

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny