Ochojska pojechała na granicę. "To, co idzie tak dobrze, może zacząć iść źle. Ludzie są zmęczeni"

- Rząd właściwie nic nie robi. Mówię to z pełnym przekonaniem, że to na nasze barki - jako społeczeństwa - zrzucono odpowiedzialność za pomaganie - mówi europosłanka Janina Ochojska, która właśnie wróciła z przejść granicznych w Zosinie i Dorohusku. Pojechała tam, by zobaczyć, jak działają wolontariusze i wesprzeć ich w codziennej pracy.
Zobacz wideo

Pani Beata od początku wojny w Ukrainie gotuje zupy i bigos, piecze chleb i muffinki dla dzieci. Te ostatnie stały się prawdziwym hitem i za każdym razem rozchodzą się jak świeże bułeczki. Były dni, że z Lublina na przejście graniczne w Zosinie jechało ponad 500 kanapek i wiele słoików z zupą. - My to robimy tak, jakbyśmy częstowali swoich gości w domu. Zarówno chleb, ciasta, zupy czy kanapki są - że tak powiem - dopieszczone i bardzo starannie przygotowane - mówi pani Beata. 

Lubelscy wolontariusze działają w ramach dużej grupy "Zupy na granicę", której centrum dowodzenia to media społecznościowe. Wcześniej gotowano zupy dla migrantów i uchodźców, którzy byli znajdowani w lasach na Podlasiu. Wtedy zupy z Lublina jechały najpierw do Warszawy, a stamtąd były przekazywane na polsko-białoruską granicę. Teraz - w obliczu wojny w Ukrainie - lublinianki działają samodzielnie, dostarczając jedzenie właśnie do Zosina. 

- Trzeba pamiętać, że dziś wśród uchodźców z Ukrainy jest bardzo dużo dzieci, dlatego zupy dla nich muszą być łagodne. Najchętniej schodzi pomidorowa, najbardziej im smakuje. Pomidorowa z kaszą bulgur - podaje nasza rozmówczyni.

Przyznaje, że wśród osób gotujących na granicę zawiązały się już przyjaźnie. - Poznałam między innymi Kasię Kondej, która razem ze swoją grupą z Koła Gospodyń Wiejskich dostarczała kanapki, zupy, teraz również bigos. Miała też jabłka od zaprzyjaźnionego sadownika - mówi pani Beata.

Zupy nie mogą być ani z mąką, ani ze śmietaną. Nie można też dodawać klusek. Słabo sprawdza się ryż - w zupie gotowanej na granicę i wekowanej lepsze są kasze - dodaje wolontariuszka. I wylicza, że w ostatnim czasie do Zosina pojechało m.in. ponad 100 słoików zupy i ponad 150 różnych rodzajów muffinek. 

Z tygodnia na tydzień zaangażowanie wolontariuszy słabnie

Pomaganie na tak ogromną skalę, z jaką mamy do czynienia od 24 lutego, nie jest łatwe. Część wolontariuszy czuje wypalenie i zaczyna im brakować energii do działania. Część obowiązków - również w pomaganiu - powinno przejąć od nich państwo. A z tym, jak sami mówią, bywa różnie. - Rząd właściwie nic nie robi. Mówię to z pełnym przekonaniem, że to na nasze barki - jako społeczeństwa - zrzucono odpowiedzialność za pomaganie - mówi europosłanka Janina Ochojska, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej, która wróciła z przejść granicznych w Zosinie i Dorohusku.

Pojechała, by zobaczyć, jak pracują wolontariusze, jak sobie radzą, jakiej pomocy potrzebują. - To, co idzie tak dobrze, może zacząć iść źle. Bo ludzie są zmęczeni, czasami zrezygnowali na jakiś czas ze swojej pracy, z działalności gospodarczej. Bo chcieli pomagać. Ale tak dłużej się nie da - mówi Ochojska. 

W jej ocenie rząd już na przełomie roku, gdy miał sygnały, że może dojść do wojny i dużego napływu uchodźców, powinien rozmawiać z organizacjami pozarządowymi i samorządowymi, a tego zabrakło. - Rząd musi przedstawić strategię, powiedzieć: "Są takie i takie możliwości w sprawie pracy dla uchodźców, mieszkań, pomocy socjalnej". Tymczasem mam wrażenie, że kosztem ludzi - i jednych, i drugich - rząd jedynie wypina pierś do medali - komentuje dalej Janina Ochojska. 

Tylko minionej doby na przejściach granicznych z Ukrainą na Lubelszczyźnie odprawiono prawie 10 tysięcy osób. W sumie - od początku wojny - do Polski wjechało prawie 2,37 miliona osób. Rząd z myślą o nich przygotował specustawę, dzięki której uchodźca może liczyć m.in. na pomoc finansową (choćby 500 złotych na dziecko), ale też na pomoc medyczną i psychologiczną.

Wciąż jednak ogrom pomocy spoczywa na barkach wolontariuszy. Chodzi na przykład o mieszkania dla uchodźców, których zaczyna brakować. Samorządowcy i organizacje pozarządowe od kilku dni intensywnie prowadzą kampanię mającą na celu zachęcenie nowych osób do przygarnięcie uchodźców pod swój dach.  

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny