W Dorohusku mobilizacja miesza się z przygnębieniem. "Syn zapytał mnie dziś, czy będziemy musieli uciekać"

Mieszkańcy Dorohuska, przy granicy z Ukrainą, z ogromnym niepokojem śledzą doniesienia zza wschodniej granicy. Jeszcze parę dni temu nie wierzyli, że Putin będzie zdolny do ataku. Dziś - w obawie, że nie skończy się na Ukrainie - robią zapasy w sklepach. - Nikt nie wie, co będzie - mówią.
Zobacz wideo

Dorohusk to mała przygraniczna miejscowość na Lubelszczyźnie. Już w czwartek, w pierwszym dniu rosyjskiej inwazji, zaczęli się tu pojawiać Ukraińcy, uciekający przed agresją. Były to głównie rodziny z małymi dziećmi i studenci.

Niepokój jest jednak także wśród Polaków. - Syn zapytał mnie dziś, czy coś nam grozi i czy będziemy musieli uciekać - mówi mieszkanka Dorohuska, mama 8-letniego chłopca, którą spotykamy przy jednym ze sklepów. - Nigdy w życiu nie przeszło mi przez myśl, że moje własne dziecko będzie mieć takie przemyślenia - dodaje ze łzami w oczach.

Wśród mieszkańców Dorohuska panuje atmosfera przygnębienia. - Nikt nie wie, co będzie. Szaleniec dorwał się do władzy i chce udowodnić światu, że bardzo dużo może - mówi o Putinie pan Wojciech, który mieszka 500 metrów od granicy. - Moi rodzice stamtąd pochodzili. Zawsze wierzyłem, że świat się zmienił, że nie będzie u nas wojny. Do dziś - dodaje. Nie ukrywa tego, że się boi. Właśnie zrobił większe zakupy, na wszelki wypadek.

Punkty recepcyjne

W Dorohusku powstał jeden z ośmiu punktów recepcyjnych dla uchodźców. To miejsce z łóżkami polowymi i kuchnią. Jak mówi wojewoda lubelski Lech Sprawka, jeśli będzie taka potrzeba, sieć punktów zostanie rozszerzona. W takich miejscach Ukraińcy mogą odpocząć, przespać się, zjeść coś ciepłego, ale też otrzymać pomoc medyczną. Punkty działają całodobowo. Cudzoziemiec może do nich dojechać sam - jeśli porusza się własnym autem - albo jest dowożony wprost z granicy. Pomaga w tym straż pożarna.

Zobacz wideo

Z punktu recepcyjnego Ukraińcy mają być przewożeni do tzw. miejsca zbiorowego zakwaterowania. Chodzi o przygotowane przez poszczególne samorządy miejsca w bursach, hotelach, akademikach czy internatach. W samym Lublinie jest kilkanaście tysięcy takich miejsc.

Polska została przy tym podzielona na dwie strefy - do połowy kraju będą jechać uchodźcy z lubelskich punktów recepcyjnych, do drugiej połowy - z ośrodków na terenie Podkarpacia. - W przypadku Lubelszczyzny będą to województwo mazowieckie, wielkopolskie, zachodniopomorskie, pomorskie, kujawsko-pomorskie, podlaskie i warmińsko-mazurskie - wylicza wojewoda Sprawka. I dodaje, że uchodźcom zostanie zapewniony transport.

"Nie wiem, czy kiedyś wrócimy"

Na razie na granicy pojawiali się głównie ci, którzy jadą do Polski do rodziny czy znajomych. - Jedziemy do mojej mamy, która pracuje w Polsce - powiedział nam Wasyl, który uciekł z Ukrainy wraz z dwójką przyjaciół. - Wzięliśmy to, co mieliśmy pod ręką: ubrania, leki, dokumenty i komputery. Jesteśmy informatykami. Chcemy pokoju, nie wojny - mówi TOK FM mieszkaniec okolic Łucka.

Zza Łucka przyjechała do Dorohuska też pani Anna, razem z dwójką małych dzieci. Mąż czekał na miejscu - jadą dalej, do przyjaciół w Niemczech. - W czwartek nad ranem usłyszałam wybuchy. Mieliśmy już spakowaną wcześniej walizkę. Najpierw zbiegłam z dziećmi do piwnicy, a potem zapakowałam je w samochód i wyjechaliśmy - mówi po ukraińsku, ale nietrudno ją zrozumieć. Zostawiła dom, pracę, samochody, cały majątek. - Nie wiem, na ile wyjechaliśmy i czy kiedyś wrócimy - przyznaje przez łzy.

Na granicy spotkaliśmy również samochód, którym jechała ośmioosobowa rodzina z piątką małych dzieci. Jechali z Kijowa do znajomych w Rydze. Przez Polskę, bo na dziś innej drogi nie ma. Samochód wypakowany po brzegi - kilka walizek, zabawki dla dzieci, poduszki. - Świat nam się zawalił - mówił jeden z wyjeżdżających.

W Dorohusku można też spotkać Ukraińców, którzy przy przejściu granicznym czekają na swoje żony, dzieci, rodziców. - Wiem, że są w drodze. Czekam na nich. Zobaczymy, co dalej - mówili.

"Wracam. Tam zostawiłem rodzinę"

Ale na granicy są też tacy, którzy wracają do kraju, do Ukrainy. - Ostatnio pracowałem jako kierowca, jeździłem do Polski, ale wcześniej byłem w armii. Nie będę tu siedział i patrzył, jak niszczony jest mój kraj, mój dom. Wracam. Tam zostawiłem rodzinę. Będę walczył - powiedział nam jeden z nich. - Nie mam wątpliwości, że muszę wracać. Ukraina to mój dom, domu się nie zostawia - dodał inny z mężczyzn.

W pierwszym dniu działań zbrojnych na Ukrainie - w Dorohusku nie było tłumu uchodźców. Raczej pojedyncze osoby, które nie potrzebowały wsparcia - miały zaplanowane, co ze sobą zrobią (jechały do znajomych, rodziny, do hotelu). W kolejnych dniach - jak mówią służby - może to się jednak zmienić. Punkty recepcyjne i miejsca zbiorowego pobytu są otwarte, działają całodobowo. Straż Graniczna ma informować Ukrainki i Ukraińców, że jest dla nich przygotowana pomoc.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny