Przewodów i życie w zamkniętej strefie na skraju mapy. "Tutaj czas trochę się zatrzymał"

Był lokalny kabaret, śpiewy, sąsiedzkie ploteczki. Żyło się spokojnie i całkiem sielsko. Wybuch w suszarni zmienił wszystko. Część wioski szybko znalazła się w zamkniętej strefie, otoczonej żołnierzami i policją. - Gdy idziemy do sklepu, musimy mijać to wszystko. Nie sposób zapomnieć - mówi Zofia Zając, bibliotekarka z Przewodowa, która mieszka tu od 37 lat i kieruje miejscowym domem kultury.
Zobacz wideo

Michał Mikulski: Jak dziś żyje się w Przewodowie? Czy po tych kilku dniach emocje już choć trochę opadły? Mieszkańcy wrócili do swoich zajęć?

Zofia Zając: Nie, to tak szybko się nie dzieje. Zwłaszcza, że jest dużo policji, wojska. Chociażby to cały czas nam przypomina, co się wydarzyło. Dom kultury jest zajęty przez policję. Mieliśmy zaplanowaną  próbę zespołu w środę, bo przygotowywaliśmy się do festiwalu. Zapadła jednak decyzja, że ze względu na sytuację nie wypada nam spotykać się i śpiewać. Nawet nie mamy na to ochoty. Zginęły osoby, które są nam znane, lubiane. Musimy się odnieść do tego z szacunkiem. (...) Teraz jeszcze będą pogrzeby, więc to też nas nie będzie skłaniać do innych spraw. Będziemy żyli tym, co się stało. Niestety. Chociaż powiem panu, że ja naprawdę myślę, że to był incydent. Że to więcej się nie wydarzy i że jeszcze będziemy normalnie mogli sobie żyć.

A sąsiedzi myślą podobnie?

Myślę, że tak. Akurat miałam taki przypadek, że ktoś z zewnątrz chce wiązać przyszłość z Przewodowem i teraz wcale się od tego zamiaru nie odżegnuje. Ludzie chcą żyć tak, jak żyli do tej pory. Wiadomo, że jakiś ślad zostanie, ale rany leczy czas. Na razie jest nam smutno. Wszyscy chodzą przygnębieni. Niewiele się mówi, bo w zasadzie nie ma o czym. Stało się i koniec. Tego się nie odwróci.

Nikt na to nie był przygotowany. 

Człowiek w to nie wierzył. [We wtorek] Mąż zadzwonił i powiedział mi, że była awaria w suszarni. Później ktoś inny powiedział, że rakieta spadła. Pomyślałam: jakieś bzdury.

A pani mieszka blisko tej suszarni?

Tak, to jest wszystko dookoła. W centrum jest suszarnia, mój blok jest 200 metrów od miejsca wypadku, a inne bloki jeszcze bliżej. Po drugiej stronie jest tzw. stare osiedle - też ucierpiało, bo szyby powypadały. Gdy idziemy do sklepu, musimy mijać to wszystko, przechodzić koło tego, także nie sposób zapomnieć. Cały czas zerkam na gruzy, zgliszcza, na policję, jak coś tam robią - to człowieka trochę przeraża.

Przewodów - miejscowość, na którą spadła rakietaPrzewodów - miejscowość, na którą spadła rakieta Fot. Evgeniy Maloletka / AP Photo

Państwo, którzy mieszkacie najbliżej miejsca wybuchu, jesteście zamknięci - w strefie, w której pracują służby. Jak to wygląda? Możecie normalnie się przemieszczać? 

Jest takie koło zamknięte, które trzeba obejść [najbliżej wybuchu - red.] i przejść obok funkcjonariuszy (…). Wojsko i policja nas rozumieją, nasze potrzeby. Jeśli komuś trzeba do apteki jechać - to jedzie. Ktoś chce iść do sklepu - też idzie. Trzeba iść z psem, jak ja dzisiaj wzdłuż kordonów policji - to sobie idę i nic się nie dzieje. Tylko, że to wszystko nas przygnębia. 

Życie na skraju mapy

Ten dom kultury należy do pani? 

Pracowałam najpierw jako bibliotekarz, później bibliotekę przeniesiono do innego budynku, a w 2016 roku - po generalnym remoncie - znowu wróciła do domu kultury. Wtedy zaczęłam działać na całą parę. Dom ma warunki, ma scenę, ma kurtynę, ma miejsce. Można było robić wszystko - wieczory, spotkania, teatrzyk. Tak było.

Miejscowość jest mała, wszyscy się pewnie znają, to lubili być razem?

Tak, był na przykład kabaret seniora. Robiliśmy bajkę prześmiewczą, montaże okolicznościowe, bo panie z naszego zespołu śpiewaczego "Pogranicze" potrafią też bardzo pięknie recytować. Teraz też przygotowaliśmy kabaret o tym, że życie emeryta wcale nie jest złe (…) i trzeba się bawić, dopóki jeszcze jest trochę zdrowia, ale na razie tego nie pokażemy. Nie chcemy nawet. Nie potrafimy się bawić i pokazywać komuś radości, jak mamy w sercu smutek. A mamy.

Mówiła pani o tym, że ktoś, kto planował związać się z Przewodowem, nie rezygnuje z tych planów. Czy bliskość Ukrainy i mieszkanie na obrzeżach państwa daje jakieś szanse? Może je odbiera? A może sprawia, że z jakiegoś powodu żyje się tutaj inaczej?

Na pewno jest nam trudniej, bo jest daleko. Ale teraz przeważnie ludzie mają samochody. Też od innych słyszę, że tu pracy za bardzo nie ma. Są dwa zakłady, jest szkoła, kościół, dom kultury (…). Ale ludzie mówią, że teraz zdalnie się pracuje i wcale nie trzeba jeździć do pracy i być w niej fizycznie. 

(...)

Nie jest tu źle. Można spokojnie odpocząć, jest kontakt z przyrodą, nie ma zakładów, które dymią. Las jest w pobliżu. Mnie się żyło przez te lata dobrze. Moje dzieci też mówią, że tu fajnie przyjechać z miasta i odpocząć od tłumu, zgiełku i pośpiechu. Tutaj jakby czas się trochę zatrzymał. Życie toczy się wolniej.

Warto teraz znaleźć na tyle dużo sił i odporności, żeby ten trudny czas, w którym wszyscy patrzą na Przewodów jakoś wytrzymać i później wrócić do swoich zajęć, i normalnego życia.

Jestem pewna, że wrócimy do normalnego życia, ale w każdym z nas zostanie pamięć po tych ludziach.  Tego się nie wymaże.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny