Lublin. Setki uchodźców w zbiorowych halach. ''Nikogo nie zostawimy bez pomocy''

Anna Gmiterek-Zabłocka
Ponad 600 osób wciąż przebywa w miejscach zbiorowego pobytu zorganizowanych w Lublinie dla uchodźców z Ukrainy. Jak mówią nam urzędnicy, wielu z nich nie może się usamodzielnić. Często to osoby chore, z niepełnosprawnościami. Im dłużej wojna trwa, tym bardziej się boją, co się z nimi stanie.
Zobacz wideo

Duża część uchodźców, którzy trafili do Lublina po wybuchu wojny, mieszka u polskich rodzin albo w mieszkaniach wynajmowanych. Ale wciąż jest też spora grupa tych, którzy korzystają z miejskiego wsparcia. 

Natasza (imię zmienione) mieszka w jednym z hoteli w Lublinie. Za jej pobyt płacą organizacje międzynarodowe. Miała tu być do połowy października, ale termin przedłużono. Na miesiąc. - Boję się, co będzie dalej. Mieszkam w hotelu z dziećmi, jest nam tu dobrze. Mamy świetną opiekę. Dzieci chodzą do szkół i przedszkoli. Szukam jakiegoś mieszkania, ale nie jest to łatwe - przyznaje. Jak dodaje, stara się nie myśleć wyprzedzająco. Żyje raczej tym, co tu i teraz. - Tak jest prościej i dzięki temu nie przeżywam tego tak strasznie. Nie płaczę, a mój stres nie przekłada się na dzieci - opowiada. 

W hotelach - przy wsparciu różnych organizacji - mieszka około 150 osób. Zaś w punktach miejskiego pobytu - a są to m.in. sale gimnastyczne, hale sportowe czy budynek straży miejskiej - ponad 600. Są w różnym wieku, różnym stanie zdrowia, z najróżniejszymi problemami. 

"Nie mają do czego wracać"

Katarzyna Matuszewska-Piątkowska jest koordynatorką jednego z punktów zbiorowego zakwaterowania. - Mieszkają tu osoby, które wjechały do Polski po wybuchu wojny i które nie mają możliwości usamodzielnienia się, z różnych powodów. Niektóre straciły praktycznie wszystko, nie mają do czego wracać. W naszym punkcie natomiast mają zapewnione całodzienne wyżywienie. Jest psycholog. Dzieci mają miejsce do zabawy czy odrabiania lekcji. Staramy się, jak możemy, by było im tu dobrze - mówi pracownica Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. 

Jak dodaje, uchodźcy pojawili się w Lublinie w różnym czasie - niektórzy tuż po 24 lutego, inni dopiero w marcu czy w kwietniu. - Mamy też osoby chore, z niepełnosprawnościami. Jest na przykład pani z nowotworem. Trudno od niej wymagać, by się usamodzielniała. Musi przejść pewien etap leczenia i odzyskać siły - zwraca uwagę Matuszewska-Piątkowska.

- Panie w naszych punktach chętnie pełnią dyżury, pomagają w sprzątaniu. Chcą się czuć potrzebne - również seniorki, które tu mieszkają - opowiada dalej. Ukrainki czasami próbują też same gotować, mimo że mają posiłki. Gotowanie je odstresowuje i integruje. 

"Nikogo nie zostawimy bez pomocy"

Miasto zapewnia, że punkty działają i dalej będą działać. - Nikogo nie zostawimy bez pomocy - mówi TOK FM prezydent Lublina Krzysztof Żuk. - Nie wiemy, ilu jeszcze uchodźców dotrze do nas przed zimą. Nie jesteśmy w stanie tego oszacować. Mamy informacje od naszych ukraińskich przyjaciół, że część mieszkańców wschodniej części Ukrainy chce się przemieścić do centrum kraju i na zachód. Jednak część z nich na pewno dotrze też do nas - dodaje Żuk. 

Władze Lublina chciałyby móc powoli wycofywać uchodźców z miejsc zbiorowego pobytu, gdzie nie ma mowy o intymności czy prywatności. Na razie zlikwidowano jeden taki punkt - w Zespole Szkół przy Elsnera. Przebywający tam uchodźcy - a w kulminacyjnym momencie było ich około 200 - trafili do innych miejskich punktów. Część znalazła dla siebie pokój czy mieszkanie do wynajęcia, inni trafili do jednego z domów studenckich.

- Kluczem do tego, by stanąć na nogi, jest praca. Dzięki temu udaje się coś wynająć i takich przypadków jest w Lublinie dużo - stwierdza prezydent Żuk. - Nasza współpraca z organizacjami pozarządowymi, w tym tymi zagranicznymi, spowodowała większą skuteczność w udzielaniu pomocy - dodaje. 

Prezydent przyznaje jednocześnie, że największym wyzwaniem są właśnie kwestie mieszkaniowe. - Można byłoby sobie wyobrazić, że organizacje międzynarodowe wynajmują na wtórnym rynku mieszkaniowym na przykład tysiąc mieszkań i tam kieruje się rodziny wielodzietne, które u nas przebywają. A dopiero po jakimś czasie mówi się im: "Musisz znaleźć pracę, próbować się usamodzielnić, by opłacić czynsz, utrzymać rodzinę". Ale punkt wyjścia to musi być albo państwo polskie, albo właśnie organizacje międzynarodowe. I to byłoby rozwiązaniem problemu punktów zbiorowego pobytu - przekonuje Żuk. Bo - jak mówi - miejsca, w których przebywa po kilkadziesiąt osób, nie przypominają domu i nie sprzyjają usamodzielnianiu się czy integracji. 

"To ludzie tacy, jak my"

Katarzyna Matuszewska-Piątkowska przyznaje, że część osób decyduje się na wyjazd do domu. - To są ludzie tacy jak my, którzy znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Do tego jeszcze cały czas żyją w traumie. Czasami decydują, że nie chcą żyć w dużej sali, z innymi i mimo trwającej wojny, wyjeżdżają do Ukrainy - podaje pracownica MOPR. 

Jak mówi, Ukrainki dużo opowiadają o tym, co je spotkało. - Była pani z Mariupola, która straciła wszystko. Miała zdjęcia, pokazywała je nam. Straciła też w czasie wojny męża. Była pani z Buczy, która mówiła, że na wojnie zginął jej syn. To bardzo intymne, poruszające opowieści. I choć byśmy bardzo chcieli, nie jesteśmy w stanie powiedzieć im: "Jutro będzie dobrze". Możemy im pomóc w ten sposób, że ich wysłuchamy i zabezpieczymy ich podstawowe potrzeby. Ale nikt nie wie, kiedy ta wojna się skończy - podsumowuje pani Katarzyna. 

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny