"Sąd to sprawy ludzi, a nie rozstrzygnięcia towarzyskie". Wypominają sędziemu konflikt interesów

Anna Gmiterek-Zabłocka
- Nie ma między mną a sędzią Jerzym Danilukiem, prezesem Sądu Apelacyjnego w Lublinie, żadnego konfliktu. Informacja o jakimś rzekomym konflikcie to nieprawda - podkreśla sędzia Jarosław Matras z Sądu Najwyższego. To on był w trzyosobowym składzie, który przeprowadzał tzw. test bezstronności sędziego wobec Jerzego Daniluka.
Zobacz wideo

Jerzy Daniluk jest prezesem Sądu Apelacyjnego w Lublinie, jednocześnie orzeka w Wydziale Karnym tego sądu. Jedna ze spraw, w których był w składzie orzekającym, trafiła ostatecznie do Sądu Najwyższego (chodziło o odszkodowanie za niesłuszny areszt). Pojawiły się bowiem wątpliwości co do niezależności sędziego kojarzonego z "dobrą zmianą". Dlatego SN poprosił m.in. o akta osobowe Daniluka i - po raz pierwszy w historii - przeprowadził tzw. test bezstronności. Jerzy Daniluk go nie przeszedł. Wyrok wydany z jego udziałem został uchylony, a sprawa skierowana do ponownego rozpatrzenia.

W składzie SN, który wydał rozstrzygnięcie w tej sprawie, zasiadał m.in. sędzia Jarosław Matras. To prawnik, który przez lata orzekał w Lublinie - najpierw w Sądzie Okręgowym, potem w Apelacyjnym. Jerzy Daniluk domagał się jego wyłączenia z tej sprawy. Próbował podważyć bezstronność sędziego Matrasa, pisząc m.in. że obaj pozostają w "określonych stosunkach osobistych" i że ich relacje można określić jako "wrogie". 

Konflikt? Jaki konflikt?

Teraz, już po prawomocnym rozstrzygnięciu przed Sądem Najwyższym, głos zabrał sam sędzia Jarosław Matras. Przyznaje, że zna Jerzego Daniluka, byli kolegami z sądu, a spotykając się w sądzie czy w innym miejscu publicznym, po prostu mówili sobie "cześć".

- To, że jest między nami jakiś konflikt, jest nieprawdą. Zresztą powielaną przez I prezes Sądu Najwyższego, która - w wywiadzie prasowym - też zarzuciła mi, że powinienem się z tej sprawy wyłączyć, z uwagi na rzekomy konflikt. Tyle że go nie ma - zapewna sędzia Matras. I dodaje, że I prezes SN nawet nie próbowała go wysłuchać. 

Jarosław Matras przekonuje też, że z sędzią Danilukiem widział się ostatnio mniej więcej siedem lat temu, na korytarzu w jednym z ministerstw. - Pamiętam go oczywiście. Wcześniej wielokrotnie się z nim spotykałem w lubelskich sądach. Ale mam z nim takie same relacje, jak z większością sędziów z Lublina, na zasadzie: "Cześć", "Co tam słychać?". Nie miałem z nim żadnej przykrej rozmowy ani wymiany korespondencji. Dlatego kompletnie nie rozumiem zarzutu o jakiś konflikt - wyjaśnia. 

Sędzia tłumaczy, że wszystkie sprawy w Sądzie Najwyższym od lat są przydzielane losowo. - Komputer je przydziela poszczególnym sędziom. My nie mamy na to wpływu. A to, że dana sprawa, którą trzeba się zająć, jest na przykład z sądu z Warszawy czy z Lublina? To naprawdę nie ma znaczenia - przekonuje Matras.

- Absolutnie nie ma przepisów, że sędzia, który wywodzi się - dajmy na to - z Lublina, a orzeka w Sądzie Najwyższym, nie może sądzić lubelskich spraw. Ja osądziłem ich co najmniej kilkadziesiąt - wspomina. I dodaje, że orzekanie w Sądzie Najwyższym to służba ludziom, a nie "rozstrzygnięcia towarzyskie". -  Towarzyskie kwestie nie mają znaczenia. I nie mieści mi się w głowie, że o czymś takim w ogóle można mówić, stawiać mi takie zarzuty - broni się Matras.

W obronie innych sędziów

Staje też w obronie innych sędziów, a konkretnie Ewy Leszczyńskiej-Furtak i Ewy Gregajtys, które - decyzją wiceprezesa Sądu Apelacyjnego w Warszawie Przemysława Radzika - zostały przeniesione z Wydziału Karnego do Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Już prawie 1500 sędziów z całej Polski podpisało się pod listem w ich obronie. Wśród nich Jarosław Matras. Jak mówi, nie można milczeć. - Uważam, że te przenosiny to szykana za wydawane orzeczenia, które się nie spodobały, więc trzeba je przenieść - komentuje Matras. Nie ma wątpliwości, że decyzja powinna zostać cofnięta. 

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny