''To jest o tym, że jesteśmy rasistami''. W Lublinie powstał spektakl o wydarzeniach na polsko-białoruskiej granicy

Anna Gmiterek-Zabłocka
Artyści pod wodzą reżysera Bartłomieja Miernika przygotowali opowieść o kurdyjskiej rodzinie, która, uciekając przed wojną w swoim kraju, trafia do lasu na Podlasiu. Gdy pojawiają się funkcjonariuszki Straży Granicznej, uchodźcy są poniżani i nieludzko traktowani. - O tym, kogo strażniczka wpuści, a kogo nie, decyduje tabela kolorów skóry - mówi reżyser.
Zobacz wideo

Bohaterami sztuki są: Malala, Muhammad i Alia, kurdyjska rodzina, która musi uciekać ze swojego kraju przed wojną. - Wcześniej wiedli normalne życie, jak wielu z nas - mówi reżyser. W rolę ojca i matki wciela się para aktorów - Kupałowców z Białorusi. To zespół artystów Teatru im. Kupały z Mińska, którzy uciekli do Polski przed prześladowaniami przez reżim Aleksandra Łukaszenki.

Jeden z Kupałowców, Dmitrij Tsishko, odtwórca roli Kurda przyznaje, że sam też jest uchodźcą, ale nie ma za sobą tak drastycznych przeżyć jak bohater, którego gra. - To są skrajne emocje, nawet trudno sobie wyobrazić, co czują ludzie w lesie. Jaki ból, strach, bezsilność muszą przeżywać - mówi. 

Polsko-białoruska granica od sierpnia 2021 roku stała się miejscem nieludzkiego traktowania rodzin z Iraku, Afganistanu, Syrii, Kongo, Somalii i wielu innych państw. Na bagna i do podlaskich lasów trafiają młodsi i starsi, kobiety i mężczyźni, zdrowi i chorzy. Najczęściej są wielokrotnie przepychani z Białorusi do Polski i z powrotem, niejednokrotnie szczuci psami. W lasach Podlasia pomagają im okoliczni mieszkańcy, aktywiści i wolontariusze. Najczęściej po kryjomu, by nie dostać zarzutów np. o pomoc w przemycie ludzi. Pomagają, by migranci mogli przetrwać. Dostarczają jedzenie, wodę, a zimą - ciepłe ubrania, śpiwory, latarki, telefony. 

W sytuacji, gdy człowiek kona z wyczerpania czy jest tak chory, że nie może iść, wzywa się Straż Graniczną, by zabrała daną osobę do szpitala. Tyle że w wielu przypadkach osoby te prosto ze szpitala są znów wyrzucane na Białoruś. 

Spektakl "Dworzec-rezygnacja"

Do obsadzenia były również role funkcjonariuszek Straży Granicznej stosujących tzw. pushbacki. - Strażniczki w naszym spektaklu w imieniu władzy RP decydują, kogo wpuszczą do Polski, a kogo nie. Pomaga im w tym tabela z kolorami skóry. Jak ktoś ma trochę ciemniejszy, to go nie wpuszczają. Są brutalne, używają pałki - opowiada reżyser, Bartłomiej Miernik.

Jak dodaje, to spektakl o dwóch obliczach - z jednej strony o rasizmie i dyskryminacji na polsko-białoruskiej granicy, a z drugiej - o otwartych sercach Polaków wobec białych uchodźców z Ukrainy. - To spektakl m.in. o naszej naturze, o tym, że potrafimy zachowywać się wspaniale wobec Ukraińców i ohydnie wobec np. Afgańczyków czy Kurdów - mówi Miernik. 

- Strażniczki w naszym spektaklu są przerażające. Naprawdę, można się ich bać - mówi 12-letnia Kalina, wcielająca się w postać dziewczynki, która razem z rodzicami trafia na granicę. Jej bohaterka jest bardzo chora, w hipotermii. - Straszne jest, jak strażniczki odnoszą się do mojej rodziny, szczególnie do taty - Kurda, jak go traktują i upokarzają - mówi Kalina. - W naszym spektaklu strażniczki chodzą na szczudłach. To wywołuje jeszcze większy efekt - traktują ludzi jakby z góry, wydaje im się, że mają władzę - dodaje.

Próba spektaklu w Muszli Koncertowej Ogrodu Saskiego w LubliniePróba spektaklu w Muszli Koncertowej Ogrodu Saskiego w Lublinie Fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

Nastolatka przyznaje, że przed spektaklem niewiele wiedziała o tym, co dzieje się na Podlasiu. - Do wielu z nas te informacje nie docierają, w szkole się o tym nie rozmawia - dodaje. 

Alicja Stankiewicz gra w spektaklu wolontariuszkę, która stara się pomóc kurdyjskiej rodzinie. Ala pochodzi z małej miejscowości na Lubelszczyźnie. Też niewiele wiedziała o przemocy na granicy. - Słyszałam raczej o tym, że ci uchodźcy mogą być niebezpieczni, że trzeba ich z Polski wyrzucać, że nie ma dla nich miejsca. A to są przecież ludzie tacy jak my, którzy znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji. Potrzebują pomocy - mówi Ala. W niej też największe przerażenie budzą strażniczki na szczudłach. 

Próba spektaklu w Muszli Koncertowej Ogrodu Saskiego w LubliniePróba spektaklu w Muszli Koncertowej Ogrodu Saskiego w Lublinie Fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

W rolę jednej ze strażniczek wciela się tancerka i choreografka Marta Rolska. - To bardzo trudna rola, bo ciężko jest grać kogoś, kogo się nie lubi, ale z drugiej strony wiem, że to ważne wyzwanie. Najmocniejsze słowa, które wypowiadam? "Raz, dwa, trzy. Na druty". To najmocniejszy dla nas moment, najstraszniejszy w tej opowieści - mówi Marta. 

- Mam marzenie, by w tej - może trochę przerysowanej, a może wcale nie aż tak przerysowanej - roli zobaczyli nas przynajmniej niektórzy funkcjonariusze Straży Granicznej. I mam nutkę nadziei, że coś w tych osobach się otworzy, że pomyślą: "Chyba jednak robię coś za mocno. Chyba jednak robię coś za bardzo" - dodaje Marta Rolska. 

Premiera w niedzielę

Spektakl będzie mieć premierę w niedzielę przed lubelskim Centrum Kultury - po nim przewidziano dyskusję z udziałem aktywistek, które działają w Grupie Granica. Do Lublina przyjadą: Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej i Natalia Gebert z Domu Otwartego. W spotkaniu weźmie też udział jeden z uchodźców, mieszkający w Polsce Tadżyk Sanjar Hoshimi.

Artyści pojadą ze spektaklem również na Poland Rock Festival. Mają go także pokazywać na centralnych placach, na rynkach mniejszych i większych miejscowości Lubelszczyzny. 

Projekt "Produkcja i eksploatacja spektaklu plenerowego 'Dworzec-rezygnacja'" finansowany jest przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię z Funduszy EOG w ramach Programu Program Aktywni Obywatele - Fundusz Regionalny.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Najnowsze podcasty

Więcej podcastów