Lata studiów, a na start mniej niż płaca minimalna. Lubelscy nauczyciele nie kryją rozżalenia

Nastroje wśród nauczycieli są fatalne. Czują się niedoceniani i rozczarowani ostatnimi decyzjami rządzących - mówi nam Celina Stasiak z lubelskiego Związku Nauczycielstwa Polskiego. Podkreśla, że chętnych do pracy zaczyna brakować, a ci, którzy mogą, szukają innego zajęcia.
Zobacz wideo

Nauczyciele, z którymi rozmawiamy, nie kryją rozczarowania decyzją Sejmu z końca kwietnia. Posłowie nie zgodzili się wówczas na 20-procentowe podwyżki płac w oświacie. Proponował je Senat, przy okazji nowelizacji Karty Nauczyciela. W efekcie średnie wynagrodzenie pedagogów wzrosło o 4,4 procent, a subwencja oświatowa o 1,6 mld zł. Senat chciał, aby średnie wynagrodzenie wzrosło o 20 procent, a subwencja o 10 mld zł. Ustawa została już podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę. 

Związki zawodowe wyliczają, że przy ponad 12-procentowej inflacji oznacza to realnie spadek poborów. I zastanawiają się, jak w takim razie przyciągnąć do oświaty młodych nauczycieli, bo na razie absolwenci studiów do pracy w szkolnictwie się nie garną. Potrafią liczyć. Płaca nauczyciela stażysty wynosi 2949 zł brutto, podczas gdy pensja minimalna w Polsce to 3010 zł. Aby zarobki nowych pedagogów były zgodne z prawem, do ich wypłat dokładają dyrektorzy, czyli samorządy. Tym i tak każdego roku na edukację brakuje, bo pieniędzy z subwencji oświatowej nie wystarcza.

Czy będzie strajk?

Przewodnicząca Związku Nauczycielstwa Polskiego na Lubelszczyźnie Celina Stasiak - pytana o to, czy należy przygotować się na strajk nauczycieli - nie odpowiada wprost. Potwierdza jednak, że nastroje w branży są fatalne. Nauczyciele czują się niedoceniani - właśnie przez niskie pensje.

Wielu z nich próbuje dorobić, biorąc dodatkowe godziny z zastępstw czy innych przedmiotów. Gorzej, gdy muszą łapać dodatkowe zajęcia w różnych szkołach, bo to oznacza stratę czasu i pieniędzy na dojazdy, za które nikt środków nie zwraca. I kiedy w miastach da się to jeszcze jakoś zorganizować, to trudniej o to w placówkach wiejskich.

Nauczyciele są rozczarowani także tym, jak rząd traktował ich w czasie pandemii. - To nie jest żadna nieuwaga ze strony rządzących, ale myślenie "jakoś to będzie" i bagatelizowanie naszej grupy - mówi Celina Stasiak. Jak dodaje, nauczyciele nie dostali żadnych dodatków covidowych. Musieli też szybko przestawić się na nauczanie zdalne, które wcale nie było dla nich łatwe. Do tego żyli w niepewności o to, jak będzie zorganizowana nauka i co rząd zmieniał przy okazji kolejnej konferencji prasowej.

Jako kolejny kłopot nasza rozmówczyni wskazuje organizację zajęć z dziećmi z Ukrainy. Większość z nich dołączyła do polskich klas, tylko kilkanaście procent uczy się w odrębnych (ukraińskich) grupach. To - według nauczycielki - wpływa na jakość kształcenia, bo nie wszystkie maluchy ze Wschodu radzą sobie z materiałem w języku polskim. I to po stronie nauczyciela leży pogodzenie obu tych stron.

Jak mówi Stasiak, nie ma też chętnych do pracy na stanowiskach dyrektorów. - Na szczęście ustawa "lex Wójcik" zakładająca kary więzienia dla dyrektorów (...) nie przeszła, ale i tak mamy pełno różnych komisji dyscyplinarnych, co oznacza wiele stresu - przekonuje.

Dużo pracy, mało pieniędzy

Te wszystkie zarzuty potwierdza Marek Gągola, nauczyciel języka polskiego w Szkole Podstawowej nr 20 w Lublinie. W tej placówce pracuje od siedmiu lat i jeśli chodzi o karierę pedagoga, znajduje się na ostatnim stopniu awansu zawodowego - jest nauczycielem dyplomowanym. Zarabia na rękę 3300 zł. Aby zwiększyć pensję, jest też wychowawcą jednej z klas, bo to oznacza dodatkowe 200 zł miesięcznie.

A ile pracuje nauczyciel? Etat to 40 godzin, pensum (czyli czas pracy w klasie, przy tablicy) - 18. Gągola podkreśla jednak, że to wcale nie oznacza, iż pedagodzy pracują 18 godzin. - Trzeba przygotować się do zajęć, sprawdzić kartkówki, dochodzą też wyjścia ze szkoły czy wycieczki - wylicza. Jak podaje, tygodniowo wychodzi mu mniej więcej 46-47 godzin pracy.

Wspomina też, że w jego szkole były przypadki nowych nauczycieli, którzy rezygnowali po kilku dniach. Stwierdzili, że taka praca - za takie pieniądze - to zbyt dużo.

Podobne sygnały dochodzą do Celiny Stasiak. Szefowa lokalnych struktur ZNP zauważa, że młodzi ludzie, którzy jeszcze czują, że coś mogą zmienić w swoim życiu, rzucają szkołę i szukają szczęścia tam, gdzie można zarobić więcej. Czyli niemal wszędzie.

- Ministerstwo Edukacji podaje nieprawdziwe dane dotyczące realnych zarobków nauczycieli - grzmi z kolei lubelski poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Krawczyk. - Sprawdziłem wśród pedagogów i okazuje się, że dane na stronie internetowej resortu są mocno zawyżone. W przypadku nauczyciela dyplomowanego ministerstwo mówi o 4700 złotych na rękę. Nikt tyle nie dostaje - kwituje Krawczyk. Skąd wynika ta rozbieżność? Resort podaje średnie wynagrodzenie, a na to wpływają także różne dodatki, między innymi za staż pracy. To oznacza, że im młodszy nauczyciel, tym zarobki bardziej odbiegają od tej liczby (na minus). - Szykuje się kryzys w oświacie. Jeśli rząd nic nie zrobi, sytuacja będzie jeszcze gorsza - podsumowuje Krawczyk.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny