Ukraińcy pojechali walczyć, a tiry stoją w bazie. "Sytuacja w naszych firmach jest krytyczna"

- Sytuacja w naszych firmach od początku wojny jest krytyczna - mówią przedsiębiorcy z Lubelszczyzny. Niektórzy kursowali na Wschód codziennie od 30 lat. Dziś ich tiry i autokary stoją w bazie, a pracownicy z Ukrainy wyjechali walczyć. Dla niektórych to ostatni moment na finansową kroplówkę. Walczą o nią samorządowcy tzw. miast frontowych.
Zobacz wideo

- Od początku wojny do Ukrainy już w ogóle nie jeździmy, a niestety ten rynek obsługiwało 90 procent naszych tirów - mówi Łukasz Komórek z zamojskiej firmy Polkom. Niebezpieczeństwo wjazdu do kraju objętego wojną to jedno, ale po drugiej stronie granicy rynek praktycznie się zatrzymał. Z bazy pana Łukasza już od miesiąca nie wyjechało 80 tirów i tyle samo kierowców. Pojazdy stoją, a koszty - poza paliwem - zostały. Przedsiębiorca przyznaje, że obroty w jego firmie spadły o 70 procent. Zmniejszyła się też załoga, bo ukraińscy kierowcy - których również zatrudniał - pojechali walczyć. 

O podobnych problemach słyszymy w kolejnej firmie transportowej z Zamościa. - Wschód to nie są dla nas obce tereny. Połowa z naszych 40 tirów przez długie lata woziła leki z Zachodu do Ukrainy. Inwestowaliśmy w chłodnie specjalnie pod te zlecenia. Towar jest, ale w Kijowie wszystko się zatrzymało, a poza tym wjeżdżanie do ostrzeliwanych miast byłoby niebezpieczne - mówi nam Marzena Kornet z firmy transportowej Kornet. Ciągnik siodłowy kosztuje 115 tys. euro, a cały zestaw z chłodnią blisko 200 tys. Niewielkie marże i wysokie raty leasingowe w połączeniu z dodatkowymi kosztami sprawiają, że każdy dzień postoju na parkingu słono przedsiębiorców kosztuje. 

"Jak machina się zatrzymuje, to zostają tylko koszty"

Pan Łukasz z firmy Polkom nadmienia, że budowanie siatki kontaktów i tworzenie marki firmy trwało latami i teraz nie da się tego zmienić z dnia na dzień. - Jak machina się zatrzymuje, to zostają tylko koszty i bez tej kroplówki finansowej trzeba będzie zacząć sprzedawać sprzęt - słyszymy od przedsiębiorcy.

Pani Marzena z kolei analizowała nawet wysyłanie tirów na Zachód, ale przeszkodą jest tzw. pakiet mobilny, który obowiązuje przewoźników od początku lutego. Na mocy tego pakietu musieliby zaproponować kierowcom stawki zgodne z obowiązującymi w kraju, przez który przejeżdżają. I to, jak słyszymy, dobry ruch w stronę podnoszenia pensji kierowcom, ale nikt z kontrahentów nie chce za to zapłacić.

Przedsiębiorcy mówią nam, że wypłacają swoim pracownikom pensje, bo ciągle wierzą, że sytuacja - przynajmniej lekko - się unormuje. Część strat zrekompensowałaby tarcza, o którą zabiegają w ich imieniu samorządowcy. 

Kłopotów obawiają się również pracownicy linii szerokotorowej LHS. Spółka może zatrudniać nawet 1300 osób, z czego duża część pracowników to mieszkańcy Zamościa, Hrubieszowa, Szczebrzeszyna i Biłgoraja. Strategiczna działalność spółki uzależniona jest od Ukrainy i Rosji, przez które pociągi towarowe dojeżdżały do Chin. Z Azji zabierały kontenery pełne towaru i transportowały je znów do Europy. Z Ukrainy do Polski przewożono koleją rudy żelaza, blachę i m.in. paszę. Pociągi dojeżdżały na Śląsk, a całą infrastrukturę obsługują pracownicy pięciu województw.

- Na razie dostają pełną pensję, ale wszystko będzie zależało od dalszych przewozów i od tego, dokąd będziemy w stanie dojechać, bo została nam na razie Ukraina. Pierwszym z rozwiązań, na które zgodzimy się, gdy pociągi przestaną kursować albo zmniejszy się liczba wyjazdów, to obniżka pensji o 40 procent - mówi TOK FM Maria Hrynkiewicz, przewodnicząca związku zawodowego pracowników LHS. Słysząc o wschodniej tarczy antykryzysowej i ewentualnym wsparciu, pracownicy liczą na dodatkową szansę na przeczekanie trudnego okresu i dopasowanie się do nowej rzeczywistości.  

O kolejnych kłopotach słyszymy także w biurach podróży, które działały w przygranicznych miastach i dla których jedynym kierunkiem wycieczek była Ukraina, z dużym naciskiem na Lwów. - Z nowymi kierunkami może być trudno, choć bierzemy to pod uwagę, ale obawiam się, że w czasie kryzysu turystyka stanie się luksusem - martwił się w rozmowie z TOK FM Andrzej Kudlicki, właściciel biura turystycznego Quand w Zamościu.

Problemy mają również firmy z innych branż. - Otrzymuję niepokojące sygnały od pracodawców bazujących na dostawach surowców z Ukrainy. Żeby lokalne firmy mogły funkcjonować, muszą mieć materiał, a tego z Ukrainy nie ma już od kilku tygodni - mówi Marian Hawrylak, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Zamościu.     

"Bez tarczy przegramy wojnę u nas"

W większości przygranicznych gmin województw lubelskiego i podkarpackiego słyszymy, że sytuacja sprzed wojny nie wróci przez długie miesiące i lata. Dlatego włodarze proszą rząd o konkretne wsparcie, bo widzą, w jak duże problemy finansowe wpadają mniejsze i większe firmy z ich regionu. - My to widzimy w handlu, w usługach budowlanych i montażowych. (…) Szacujemy, że ubyło 30 - 40 procent pracowników z Ukrainy - potwierdza Andrzej Wnuk, prezydent Zamościa. Innym problemem, jak dodaje, jest drastyczny wzrost kosztów handlu, nośników czy różnych produktów zza wschodniej granicy. - Bez wschodniej tarczy antykryzysowej, o którą prosimy, za chwilę będziemy mieli falę bankructw - mówi Wnuk.

Podobne problemy widać też w Hrubieszowie na Lubelszczyźnie. Tutejsza burmistrz Marta Majewska obawia się, że zabraknie pieniędzy chociażby na inwestycje, na co "miasto nie może sobie pozwolić". - Mój postulat związany z tarczą dotyczy też środków, które powinny zrekompensować nam wydatki związane z funkcjonowaniem obiektów, w tym ośrodka recepcyjnego i otoczenia tego miejsca. Miasto pomaga i chce to robić dalej, ale to problemy długofalowe. Później infrastruktura będzie wymagała przywrócenia do poprzedniego stanu - tłumaczy burmistrz Majewska.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny