Kontrowersyjny pastor z USA zajmuje się sierotami z Mariupola w lubelskim ośrodku. Sprawę bada sąd rodzinny

Grupa ponad 60 ukraińskich sierot przyjechała z Mariupola do Kazimierza Dolnego na Lubelszczyźnie. Opiekę nad dziećmi sprawuje m.in. amerykański pastor, budzący w USA kontrowersje. Matt Shea przekonuje, że dla sierot chce dobrze, a wszystko, co o nim piszą, to "rosyjska propaganda". Sprawie przygląda się sąd rodzinny.
Zobacz wideo

Dzieci z Mariupola trafiły na Lubelszczyznę przed tygodniem. Przyjechały z dwiema opiekunkami z domu dziecka. Najpierw pociągiem dojechały do jednego z miast na zachodzie Ukrainy, skąd zostały przewiezione do Kazimierza Dolnego, do Domu Dziennikarza. To jeden z ośrodków wskazanych wojewodzie przez starostę z Puław do kwaterowania większych grup uchodźców z Ukrainy.

Dzieci mają w ośrodku dobre warunki. Mieszkają w dwu- lub trzyosobowych pokojach, które mieliśmy możliwość odwiedzić. Pokoje są z łazienkami, o dość dobrym standardzie. Zorganizowano dla nich kilka miejsc do zabaw, w tym m.in. salę kinową, gdzie mogą oglądać bajki po ukraińsku. W ośrodku jest dużo zabawek, głównie od darczyńców, a na korytarzach słychać dziecięcy gwar. Biegają, skaczą, bawią się, rysują. Ich rysunki wiszą m.in. na jednej ze ścian.

Wbrew pojawiającym się pogłoskom, że dzieciom brakuje jedzenia - z naszych obserwacji i rozmów wynika, że nic takiego nie ma miejsca. Żywności jest dużo, obiady zróżnicowane. Są też słodycze, ale wydzielane, by w nadmiarze nikomu nie zaszkodziły. W dniu, w którym byliśmy w ośrodku, dzieci przed budynkiem ulepiły kilka bałwanów.

Kontrowersje wokół amerykańskiej organizacji

Co zatem budzi wątpliwości i zastrzeżenia? Dziećmi opiekuje się amerykańska organizacja Loving Homes and Famillies for Orphans, a także pastor Matt Shea. To postać budząca kontrowersje. W zagranicznych mediach można znaleźć informacje, z których wynika, że ma skrajnie prawicowe poglądy. Stworzył dokument "Biblical Basis for War". Media pisały o pojawiających się wobec pastora zarzutach m.in. o indoktrynację młodych osób i radykalizowanie ich poglądów. - Zaskakujące i szokujące, że taka osoba opiekuje się grupą dzieci, które uciekły przed wojną - mówi nam jedna z psycholożek, którą pytamy o komentarz do tej sprawy. Chce pozostać anonimowa. 

Sprawa wywołuje też coraz więcej dyskusji w internecie. "Mamy sytuację, w której 60 dzieci z sierocińca w Ukrainie zajmują się ‘chrześcijanie z Teksasu’, którzy przyjechali i powiedzieli, że to zrobią. Jak pięknie! Niespecjalnie wprawdzie wiem, który to punkt polskiej ustawy - a jesteśmy nadal w Polsce, nadal tu nie ma wojny i nadal działa prawo - pozwala na to, aby sześćdziesięcioro dzieci w pieczy przejęła randomowa organizacja z zagranicy, robiąc to na terenie Polski i podlegając przecież polskim przepisom, no ale nie wnikajmy, trwa przecież pożar" - napisała z kolei na Facebooku Anna Krawczak, badaczka adopcji i pieczy zastępczej, która zajmuje się tym tematem od lat.

- Obawiam się tego, że jest to jakiś nielegalny sposób na wywiezienie dzieci bez kontroli, z pominięciem procedur - dodaje psychoterapeutka Joanna Stefańska. - Kiedy próbuję wyszukać jakieś dokumenty tej organizacji, która zajmuje się obecnie dziećmi, to okazuje się, że miała ona zostać zarejestrowana dopiero trzy tygodnie temu. Moje zastrzeżenia dotyczą więc kwestii formalno-prawnych - dodaje. Z dokumentów, do których dotarliśmy nieoficjalnie wynika, że organizacja powstała wcześniej, bo dokumenty certyfikacyjne są z 2018 roku.

"Obserwujemy, przyglądamy się"

Matt Shea, z którym udało nam się porozmawiać, przekonuje, że chce dla dzieci dobrze. Na twierdzenie o "randomowej organizacji" odpowiada, że jego organizacja przeprowadza adopcje od lat. Mówi, że wśród 63 dzieci, które trafiły do Kazimierza, około 10 miało już zaawansowaną procedurę adopcyjną i miały niebawem trafić do amerykańskich rodzin. Wojna - jak mówi - wszystko przerwała. Kolejna grupa - około 20 dzieci - miała wszczętą procedurę i były już nawet u tzw. hostów w USA, poznały rodziny i wróciły do Ukrainy. Pastor dodaje, że chciałby, aby procesy adopcyjne mogły być dokończone i by dzieci mogły trafić do Stanów Zjednoczonych.

Na razie Amerykanie mają dokument z konsulatu Ukrainy w Lublinie mówiący o tym, że mają prawo zajmować się dziećmi - wspólnie z dwiema opiekunkami, które przyjechały z Mariupola. - Nie możemy brutalnie wchodzić z naszym działaniem, wbrew stanowisku strony ukraińskiej, bo nam się coś tam wydaje. Nie oznacza to, że sprawę lekceważymy. Obserwujemy, przyglądamy się - mówi wojewoda lubelski Lech Sprawka, kiedy pytamy go o to, dlaczego nie można zorganizować dzieciom opieki ze strony polskich wolontariuszy.

- Tak długo, jak nie mamy podstaw do stwierdzenia, że jest to na przykład działanie niezgodne z prawem, to naprawdę nie możemy dokonać żadnych formalnych czynności. Bo wywołalibyśmy nieprawdopodobną burzę - dodaje wojewoda.

Zapewnia, że w Domu Dziennikarza, gdzie przebywają dzieci, było już kilka kontroli i żadna nie wykazała nieprawidłowości. W dokumentach wszystko jest w porządku. - Nie tylko o dokumenty tu chodzi, ale o to, co jest przekazywane, mówione tym dzieciom i gdzie, i po co mają one ostatecznie trafić - mówią nam psychologowie, których cała sprawa niepokoi. 

Sprawie przyjrzy się Sąd Rodzinny

Wojewoda lubelski dodaje, że jeden z prawników z Warszawy zawiadomił o sprawie Sąd Rodzinny w Puławach. - W wyniku tego zawiadomienia sąd wystąpił m.in. do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie o przekazanie wyników przeprowadzonej tam wizji. Oddajmy sprawę wymiarowi sprawiedliwości i służbom, które czuwają nad bezpieczeństwem. Dopiero ich rozstrzygnięcia mogą być podstawą do działań, w uzgodnieniu oczywiście ze stroną ukraińską. Podkreślam, my nie staliśmy się nagle rodziną zastępczą dla tych dzieci - podaje Lech Sprawka.

Matt Shea oraz pastor Kościoła Nowego Przymierza z Lublina Paweł Chojecki przyznają, że do Polski miały być sprowadzone przez nich dzieci z jeszcze jednej placówki w Ukrainie, ale na razie procedury zostały wstrzymane. Stało się tak z uwagi na informacje, które pojawiły się na portalach społecznościowych w sprawie amerykańskiej organizacji. 

Shea przekonuje, że wszystko to, o czym w jego kontekście się mówi, to nieprawda i że to typowa "rosyjska propaganda". Twierdzi, że w USA nie ma przeciwko niemu żadnych spraw karnych ani nie postawiono mu żadnych zarzutów. Jak dodaje, od lat współpracował z Domem Dziecka w Mariupolu i dlatego do niego zadzwoniono, aby pomógł.

Na miejscu pomaga m.in. tłumacz z Kazimierza Dolnego. Piotr Żółkiewski jest malarzem, ale oprócz tego dobrze mówi po rosyjsku. Przekonuje, że dzieciom nie dzieje się krzywda. W jego ocenie dochodzi do niepotrzebnych kontroli, w tym wizyt policjantów w mundurach w Domu Dziennikarza. - Dzieci raczej nie mówią o wojnie. Choć jak pojawił się pan w mundurze, reakcja była widoczna i łamiąca serce - mówi Żółkiewski. I dodaje, że jeden z chłopców zadał mu pytanie, czy ktoś przyjechał ich zabić.

Nie jest też tajemnicą, że w grupie 63 wychowanków są dzieci z problemami, również psychicznymi. Były wcześniej leczone, ale wojna to przerwała.

Dzieci mają być obecnie zapisane do szkoły i przedszkola w Kazimierzu. Od kiedy? Na razie nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że sprawie ich pobytu oprócz wojewody przygląda się również starosta i burmistrz miasta. Sprawa została zgłoszona też m.in. do Ambasady Ukraińskiej w Polsce i Ambasady USA.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny