Uciekła z Kijowa z córką, psem i dwoma kotami. Schroniła się w Lublinie. "Nam nie trzeba wiele, jakiś kąt"

Olga, pediatra z Kijowa, uciekła przed wojną z córką, psem i dwoma kotami. Zatrzymała się w Lublinie, ale nie ma tu nikogo i nie wie, co mogłaby dalej robić. Z Ukrainy zabrała m.in. stetoskop. Wie, że pracować w Polsce nie będzie mogła, ale chce pomóc jako wolontariuszka.
Zobacz wideo

Pierwszy dzień alarmów lotniczych przetrwały w kijowskim metrze. Drugiego dnia zdecydowały, że wyjeżdżają: Olga, jej dorosła córka - prawniczka oraz koleżanka córki. Zabrały ze sobą też psa rasy beagle o wdzięcznym imieniu Emi oraz dwa koty. - Widziałam, jak nasz pies bardzo się bał. W jego oczach było przerażenie - opowiada.

Kobiety wsiadły w samochód z myślą, że zatrzymają się gdzieś na zachodzie Ukrainy. Taki był wstępny plan. Ale gdy zaczęły do nich docierać kolejne informacje dotyczące wojny, postanowiły jechać dalej, do Polski. Na granicy stały prawie dwie doby. W końcu trafiły do Lublina. Na razie zatrzymały się w hotelu. - Zabrałam pieniądze, które trzymałam na czarną godzinę - mówi nam pani Olga. Doskonale jednak wie, że gotówka szybko się rozpłynie i nie da się w nieskończoność mieszkać w hotelu, płacąc 130 zł za nocleg. Dlatego prosi o pomoc. - Nam nie trzeba wiele, jakiś kąt, byle tylko móc to przetrwać - mówi.

"Wrócę do domu, na pewno"

Olga wierzy, że wojna szybko się skończy. Nie dopuszcza myśli, by mogło być inaczej. - Wrócę do domu, na pewno wrócę. To mój kraj, moja ojczyzna - przekonuje.

Z drugiej strony co i rusz powtarza, że nie rozumie tej wojny. - Mam znajomych, przyjaciół w Rosji. Jak oni, Rosjanie, mogą się godzić na to, co nas spotyka? Przecież my bracia. Powinni stanąć w naszej obronie - opowiada. - Gdy w Ukrainie był Majdan, ludzie też się bali, też mieli obawy, że ktoś zacznie do nich strzelać, ale wychodzili na ulice i protestowali. Walczyli o wolność i o to, by móc mieć własne zdanie. Teraz próbuje się nam to odebrać - tłumaczy.

Gdy pytamy, czy spodziewała się wojny, odpowiada, że w momencie, gdy Putin ogłosił powstanie dwóch republik w Donbasie i Ługańsku, dało się odczuć, że coś złego się wydarzy. Nastroje społeczne były bardzo złe. - Ale nigdy bym nie pomyślała, że to będzie coś tak strasznego. Że będą bombardować nasze miasta, szkoły, domy mieszkalne - mówi. Chwali za to Wołodymyra Żełeńskiego. - To mój prezydent. On czuje naród. Czuje, czego my chcemy. Czuje, czym oddychamy i gdzie patrzymy - mówi. - Jest odważny, silny, mądry. Nie ma jakichś wielkich ambicji. Po prostu jest z nami - dodaje.

Olga zabrała z Ukrainy kilka ubrań oraz dyplom ukończenia studiów medycznych i stetoskop. - Wiem, że nie mogę u was pracować jako lekarz, bo musiałabym nostryfikować dyplom, a to trwa. Ale chcę pomagać jako wolontariuszka. Najchętniej przy chorych dzieciach, bo mam 30-letnie doświadczenie jako pediatra. Chcę się czuć potrzebna - podsumowuje.

Jeśli ktoś chciałby pomóc jakoś pani Oldze - prosimy o kontakt na problem@tok.fm.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny