Lubelskie hospicjum przyjęło pięcioro ciężko chorych dzieci z Ukrainy. Czeka na kolejne

W Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia w Lublinie jest m.in. 16-letni Wadim z guzem mózgu. Dzięki współpracy wielu osób umożliwiono mu w miarę szybkie przekroczenie granicy. Dziś, razem z rodziną, jest już bezpieczny. Wcześniej był pod opieką hospicjum w Kijowie.
Zobacz wideo

- W tej chwili mamy pod opieką pięcioro dzieci i w sumie 18 osób, bo dzieci przyjechały z rodzinami. Trzy z nich dojechały same - samochodami, a po dwie pozostałe pojechałem na granicę do Medyki i do Korczowej - opowiada ojciec Filip Buczyński, prezes lubelskiego hospicjum. - To jest dramat, widząc tyle cierpienia i bólu matek z dziećmi. Prawdopodobnie przyjmiemy jeszcze do pięciu rodzin, bo mamy bazę noclegową - dodaje.

Ojciec Filip przyznaje, że pomoc, jaką zaoferowali lublinianie, jest ogromna. - Do 16 marca mamy już zagwarantowane obiady dla naszych gości z Ukrainy. Mamy też dużo jedzenia, z którego będzie można przygotować śniadania i kolacje. Ktoś przywiózł lodówkę, dostaliśmy też pralki - wylicza. I podkreśla, że nic się nie zmarnuje. - Chciałbym serdecznie podziękować za to dobro, które dostajemy - mówi ojciec Buczyński.

Korytarz humanitarny

Schronienie dla osób chorych i z niepełnosprawnościami zapewniają uchodźcom również inne miasta na Lubelszczyźnie. W Zamościu pomaga m.in. stowarzyszenie "Krok za krokiem". - Jesteśmy w kontakcie z naszymi przyjaciółmi na Ukrainie. Przygotowaliśmy u siebie miejsca właśnie dla rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi. Część już dojechała, na inne czekamy. I pomagamy. Zależy nam na tym, by była jeszcze większa koordynacja. By rodziny nie musiały stać wiele godzin na przejściu granicznym - mówi prezeska organizacji Maria Król.

Jak przekazał nam minister Paweł Wdówik, pełnomocnik rządu do spraw osób niepełnosprawnych, Polska tworzy korytarz humanitarny, by osoby z niepełnosprawnością czy ciężko chore nie musiały stać po kilka dni na granicy. W pomoc zaangażowany jest Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Zbiera dane o potrzebach ukraińskich rodzin, pomaga, ale też koordynuje bazę noclegową dla takich osób. Wskazówki dotyczące pomocy można znaleźć portalu niepelnosprawni.pl - LINK: http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/1992058

Czasami sytuacja wymaga natychmiastowych działań - tak było w Hrebennem. W pomoc ciężko choremu 10-latkowi z Ukrainy włączyli się policjanci. Eskortowali rodzinę z granicy do szpitala w Kielcach.10-letnie dziecko przez całą drogę było podłączone do aparatury podtrzymującej życie. 

380 zł za walizkę rubli

W Zamościu miejscy urzędnicy dostali prośbę o pomoc od starszego pana z Ukrainy. Okazało się, że przywiózł dużą walizkę z nietypową zawartością. Walizka była pełna rubli. - Pomogliśmy panu dotrzeć do kantoru. Niestety, to co dostał za całą walizkę rubli to tylko 380 zł - mówi wiceprezydent Zamościa Anna Maria Antos.

>> Czytaj także: Rubel sięgnął dna. Sankcje Zachodu uderzyły w rosyjską gospodarkę

Zamość pomaga na dużą skalę. Miejsca noclegowe uruchomiono w wielu miejscach, np. w miejskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej. Trafiła tu m.in. pani Wiktoria z dwoma nastoletnimi synami. - Mąż musiał zostać. Opiekuje się swoim niepełnosprawnym bratem - opowiada. Pani Wiktoria, razem z innymi kobietami z Ukrainy, gotowała pierogi, by choć na chwilę zapomnieć o wojnie i odstresować się w kuchni. Produkty na pierogi dostarczyli - na prośbę pań - pracownicy ośrodka. - Staramy się wspierać te rodziny jak najbardziej możemy. Potrzeby są ogromne - mówi dyrektor placówki Wojciech Buczkowski.

Zamość jest punktem tranzytowym, na drodze m.in. z przejścia w Hrebennem czy Dołhobyczowie. Większość Ukrainek z dziećmi korzysta tu z chwili odpoczynku, mogą się przespać, wykąpać, zjeść gorący posiłek, ale z reguły kilka godzin później jadą dalej. Do Warszawy, Katowic czy Gdańska. Na razie nie wiadomo, ile rodzin ostatecznie zdecyduje się zostać na stałe właśnie w Zamościu.

Z kolei w podlubelskim Świdniku pomocą otoczono kobietę w ciąży, która trafiła do miejscowego szpitala. Na świat - dzięki cesarskiemu cięciu - przyszła mała Sasza. Kobiet w ciąży jest zdecydowanie więcej - trafiają na oddziały położnicze na całej Lubelszczyźnie. Podobnie jak pacjenci onkologiczni, którym też trzeba pomóc.

Szukają przedsiębiorców, którzy dadzą pracę

Pomoc organizuje też Lublin. W Centrum Kultury działa Lubelski Społeczny Komitet Pomocy Ukrainie. Poszczególni koordynatorzy załatwiają m.in. kwestie noclegowe, transportu, pomocy medycznej, ale też organizują czas ukraińskim dzieciom. Miasto zbiera informacje na temat możliwości zatrudnienia obywateli Ukrainy w firmach prowadzących działalność gospodarczą w mieście lub w całym regionie.

- Zachęcam wszystkie firmy z Lublina, ale również z województwa lubelskiego o przekazywanie informacji o możliwościach zatrudnienia naszych ukraińskich sąsiadów. To kolejna forma wsparcia jaką możemy zaoferować w tym trudnym dla nich czasie - mówi prezydent Lublina Krzysztof Żuk.

W wolontariat w Lublinie włączyła się pani Irena - Ukrainka, która od kilkunastu lat mieszka w Lublinie, sprzedaje na targowisku. Wczoraj wróciła z Ukrainy, jeździła po swoich bliskich - rodziców i siostrę z małym dzieckiem. - Jechaliśmy tylko w dzień, bo w nocy spadają rakiety i są alarmy. Ani rodzice, ani siostra nie chcieli jechać. Postawiłam ultimatum - albo jadą ze mną, albo idę do wojska, walczyć. Przyjechali - opowiada.

Pani Irena dodaje, że ukraińskie rodziny też same wzajemnie się wspierają. Codziennością są sytuacje, gdy do Polski jedzie matka z dwójką własnych dzieci, ale ma pod opieką także kilkoro dzieci swoich znajomych czy kogoś z dalszej rodziny. Ich rodzice nie mogli wyjechać, bo albo opiekują się kimś bliskim, albo pracują np. w szpitalu. - Dość częste są też sytuacje, gdy żona nie chce zostawić męża, a ten nie może wyjechać, w związku z powszechną mobilizacją. I żona zostaje z mężem, a dzieci - zaopiekowane przez inną osobę - jadą do Polski - opowiada pani Irena.

W Lublinie spotkaliśmy też panią Alonę, która od kilku miesięcy pracowała w Polsce, w Zielonej Górze. Do Lublina przyjechała po dwoje dzieci, które jechały z Chersonia koło Odessy (dziś w tym mieście doszło do szturmu). Córka i syn zostali dowiezieni do granicy przez tatę, a w transporcie z granicy do Lublina - pomogli im wolontariusze. - Od piątej rano były wybuchy, niebo rozświetlone, mnóstwo samochodów. Potworne wrażenia - mówił nam syn pani Alony. Jechali kilka dni, by w końcu móc przytulić się do mamy.

Na przejściach granicznych z Ukrainą polska Straż Graniczna odprawiła już ponad 377 tysięcy osób. Tylko we wtorek - do godz. 7 rano - przez granicę przeszło 24 tysiące osób uciekających przed wojną.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny