Przy granicy o wojnie głośno się nie rozmawia. "Ukraińcy są u nas codziennie, zapasów nie robią"

- Ukraińcy są u nas codziennie. W końcu dzieli nas tylko rzeka. I oby nie musiała dzielić nas od wojny - słyszymy w przygranicznych miejscowościach na Lubelszczyźnie. O konflikcie głośno się tam raczej nie rozmawia, choć gminy prześwietlają swoje obiekty i deklarują gotowość przyjęcia uchodźców.
Zobacz wideo

Jeszcze kilka miesięcy temu wszystko wyglądało podobnie. Długie kolejki na przejściach granicznych, a w przygranicznych miejscowościach liczne samochody na ukraińskich tablicach. Dziś dużo się zmieniło. Ruch zmalał, a w sklepach łamaną polszczyznę słyszy się już rzadziej. Powodem załamania nie jest jednak groźba napaści ze strony Rosji, a pandemia i związane z nią ograniczenia. Jeśli chodzi o ruchy Putina, miejscowi nawet zadają sobie pytanie, czy oni tam - za Bugiem - biorą w ogóle pod uwagę ten najczarniejszy scenariusz?

Zapasów nie gromadzą

Ruch ukraińskich klientów w dużych marketach w Hrubieszowie mniejszy, ale wciąż jest. - Nawet wczoraj robiłam zakupy i obok mnie osoby narodowości ukraińskiej również zapełniały swoje koszyki. To jest normalny widok dla nas i w ostatnim czasie nic się nie zmieniło. Co więcej, nie widać też, żeby mieli kupować więcej, przygotowując się w ten sposób na przykład na trudniejszy czas - mówi nam Marta Majewska, burmistrz Hrubieszowa.

To samo przyznają nam wójtowie gmin, w których zlokalizowane są najbliższe przejścia graniczne. - Nie odczuwamy, żeby miało się dziać coś nadzwyczajnego. W urzędzie petentów jest sporo. Zauważyłem, że o niebezpieczeństwie po drugiej stronie granicy bardziej rozmawia się w domach, w rodzinnym gronie. Wśród Ukraińców, którzy pojawiają się w naszych miejscowościach, widać nadzieję, że zachodniej Ukrainy konflikt zbrojny nie dotknie - słyszymy od Wojciecha Sawy, wójta gminy Dorohusk, w której jest przejście graniczne.

Ukraińcy pojawiają się w tej okolicy codziennie, bo również tu pracują. Poza tym od lat opłaca im się robić zakupy spożywcze, kupować chemię i materiały budowlane właśnie w Polsce. Ich regularne wizyty bardzo uspokajają mieszkańców, bo świadczą o całkiem normalnym życiu po drugiej stronie granicy.

Podobne odczucia mają organizatorzy wycieczek na Ukrainę. W rozmowie z nami podkreślają, że większe obawy związane w wyjazdami wywoływały raczej pandemiczne obostrzenia. Okoliczni mieszkańcy, czy też mieszkańcy nieco oddalonego już Zamościa, wyjeżdżali nawet na ostatnie ferie do Lwowa. Inni z paszportem i nartami na dachu pojechali na ukraińskie stoki. Widocznie nie zakładają, że coś złego może się zdarzyć. Gorzej jest ze starszym pokoleniem Polaków. Są tacy, którzy zdążyli już zrobić zapas chleba, ryżu, ziemniaków i wszystkiego, co daje samowystarczalność. Dla nich rachunki historii nie są rozliczone i nie do końca wierzą w powrót rosyjskich wojsk do bazy.

Domy kultury, hale, a nawet pałac - w gotowości do pomocy 

Na ten najgorszy scenariusz, na wszelki wypadek, przygotowują się również gminy. Gotowość do pomocy potwierdziliśmy m.in. w powiatach chełmskim, hrubieszowskim i tomaszowskim.

Położenie przygraniczne zobowiązuje wójtów i burmistrzów do błyskawicznej pomocy tym, którzy - w razie wojny - zdecydują się na ucieczkę do Polski. Włodarze sprawdzili największe obiekty w okolicy, które mogą być niezbędne do obsługi uchodźców uciekających przed wojną. Wiele scenariuszy już zdążyli przećwiczyć. Wytypowali też miejsca, które błyskawicznie mogą dać schronienie. Przykładowo - w Tomaszowie Lubelskim wskazano Ośrodek Sportu i Rekreacji "Tomasovia".

Z kolei od Krzysztofa Bożka, wójta gminy Horodło (w pobliżu przejścia granicznego w Zosinie) dowiadujemy się, że w tamtejszym Zespole Szkół zorganizowany będzie tzw. punkt recepcyjny, czyli takie miejsce pierwszego kontaktu dla Ukraińców. Na podobną pomoc będą mogli liczyć w okolicy przejścia w Dołhobyczowie. Tu na ich potrzeby wytypowano były dom kultury. - Naszym zadaniem będzie przygotowanie również punktu recepcyjnego, nad którym będą czuwać nasi pracownicy. Będzie w nim około 50 łóżek do odpoczynku. Jesteśmy w stanie zapewnić również racje prowiantowe - opisuje Grzegorz Drewnik, wójt gminy Dołhobyczów.

Przy kolejnym przejściu, w Dorohusku, migranci również znajdą pomoc. - U nas wytypowanym miejscem na przyjęcie i rozpoznanie potrzeb osób uciekających byłby punkt recepcyjny w Pałacu Suchodolskich w Dorohusku - zapewnia wójt gminy. W urzędach sprawdzających swoje możliwości pomocowe słyszymy, że w przypadku konfliktu zbrojnego to właśnie tu, w pierwszej kolejności, dotrą migranci. Wskazane punkty mają pomóc w rozpoznaniu ich potrzeb i szybkiej doraźnej pomocy. Po jej udzieleniu uchodźcy byliby przekierowani do wytypowanych miejsc w głębi kraju na dłuższe schronienie.   

Nie ma paniki

Hrubieszowscy urzędnicy także konsultują ze służbami wojewody zakres możliwej pomocy na wypadek eskalacji konfliktu za wschodnią granicą. - Ustalenia jeszcze trwają, ponieważ obiekty Hrubieszowskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, w układzie przygotowań pozamilitarnych, są przeznaczone do realizacji wsparcia wojsk sojuszniczych - tłumaczy Marta Majewska, burmistrz Hrubieszowa.

To może kolidować z przeznaczeniem największego budynku, czyli hali sportowej, na pomoc humanitarną. Burmistrz Hrubieszowa podkreśla jednak, że ma nadzieję, że do konfliktu z Rosją nie dojdzie. Gdyby tak się jednak stało, to miasto na pewno błyskawicznie przygotuje takie miejsca pomocowe. Urzędnicy ciągle nad tym pracują.

W urzędzie słyszymy również, że obecność wszystkich formacji służb mundurowych w mieście daje - w sytuacji aktualnego niepokoju - poczucie stabilizacji. - Zarówno lokalizacja 2. Hrubieszowskiego Pułku Rozpoznawczego w mieście, jak również placówka Straży Granicznej pozwalają czuć się bezpiecznie. To słychać w rozmowach z mieszkańcami. Poza tym przyzwyczajeni jesteśmy do widoku munduru i pojazdów wojskowych, a to daje dziś większy spokój - podsumowuje Majewska.     

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny