Czują się pomijani i przyszli to wykrzyczeć. "Nie mieliśmy podwyżek od lat"

Ponad 100 osób pikietowało w piątek przed stołecznym Biurem Pomocy i Projektów Społecznych. To pracownicy warszawskich placówek opiekuńczo-wychowawczych, którzy żądają podwyżek i poprawy warunków pracy. Od miesięcy alarmują, że niebawem kadry, a dzieci zostaną bez opieki, bo za tak niskie pensje nikt nie chce pracować.
Zobacz wideo

3200 złotych brutto - tyle na start dostają wychowawcy w placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Dlatego o nową kadrę coraz trudniej, a doświadczeni pracownicy odchodzą albo poważnie to rozważają. Narzekają też na fatalne warunki pracy. Twierdzą, że placówki są przepełnione, a deklaracje polityków o likwidacji instytucjonalnej pieczy zastępczej nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Pracownicy czują się zapominani i niedoceniani. Przyszli na pikietę, żeby to wykrzyczeć przed stołecznym Biurem Pomocy i Projektów Społecznych. To ono odpowiada za pracę tych placówek. W Warszawie są one skupione w trzech Zespołach do Obsługi Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych. Zatrudniają łącznie ok. 600 pracowników.

- Jesteśmy tutaj, bo zależy nam na naszej pracy i na tym, żeby nasi wychowankowie mieli dobrą opiekę, i żeby pracownicy co chwilę się nie zmieniali - mówi Sylwia Wróblewska. Jako wychowawczyni w placówce pracuje od pięciu lat. Dodatkowo pracuje w sądzie i jako terapeutka. - W domu jestem gościem - mówi. - My nie zostawiamy dzieci i nie idziemy sobie do domu, jak każdy inny, kto wyłącza komputer i wraca do swoich obowiązków czy przyjemności - dodaje.

- Wyszliśmy na ulicę, żeby nas zauważono - mówi z kolei Lidia Jurewicz, kierowniczka Działu Opiekuńczo-Specjalistycznego w Zespole do Obsługi Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych nr 1 w Warszawie. - Pracujemy świątek, piątek czy niedziela. Nie mieliśmy podwyżek od wielu lat i ciągle się nas pomija. Wychowawcy pełnią dyżury całodniowe czasami, bo brakuje ludzi. Nikt za takie pieniądze nie chce pracować. Brakuje nam specjalistów, którzy po krótkim czasie się zwalniają i idą tam, gdzie więcej płacą - zauważa.

- Domy dziecka tak szybko nie znikną - twierdzi Władysław Kowalski, starszy wychowawca w placówce opiekuńczo-wychowawczej "Radosny Dom". - Tak naprawdę te placówki to domy dziecka, prawdziwe domy dla prawdziwych dzieci. Jesteśmy nowoczesnymi placówkami, które zapewniają i opiekę, i wychowanie, i rozwój. Dajemy z siebie wszystko. Myślę, że te dzieci to czują - dodaje.

- Połowa naszej grupy to dzieci bez rodziców, czyli zostaną z nami do 18. roku życia - mówi koordynatorka "Radosnego Domu" Agnieszka Ossolińska. - Mamy też dzieci poniżej 10. roku życia, zresztą wbrew zapisom ustawy. To są nasze kochane dzieci. One widzą w nas mamę, tatę, wujka. Często jesteśmy ich opiekunami prawnymi. Musimy jeździć z nimi w każdej chwili do lekarza czy do szpitala, a wszystko poza godzinami pracy. Czasami nie wychodzimy z roboty - mówi Ossolińska. - To nie jest praca, to jest misja, ale to też nie może być wolontariat - dodaje.

Misja

Misja - to słowo, które pada w rozmowach z pracownikami wiele razy. Kochają tę pracę, ale coraz więcej z nich myśli o zmianie zawodu. - Praca z dziećmi wymaga poświęcenia - mówi starszy wychowawca z 8-letnim stażem Paweł Szaruga. - To praca na żywym organizmie, wymagająca. Wszystko za kiepskie wynagrodzenie, a chodzi o to, żeby utrzymać rodzinę przy szalejącej inflacji - podkreśla.

Rafał Heba - też wychowawca - zauważa, że przez niskie pensje każdy szuka dodatkowych źródeł dochodu. - Nie możemy się poświęcić tej pracy w 100 procentach, tak jak byśmy chcieli - mówi. - Często nasi podopieczni, którzy podejmują pierwszą pracę, dostają więcej od nas. To przykre - dodaje.

- Jako kierownicy boimy się, że pracownicy odejdą - mówi kierowniczka Działu Kadr i Organizacji ZPOW nr 1. - Chcemy ich zatrzymać, mamy bardzo dobrych specjalistów. Boimy się, że jak odejdą, nie damy sobie rady i wszystko zacznie się walić - podsumowuje.

Rozmowy o podwyżkach

Ratusz za każdym razem sytuację pracowników pieczy zastępczej tłumaczy trudną sytuacją finansową miasta. Urzędnicy deklarują jednak, że rozmowy będą trwały. Wicedyrektorka miejskiego Biura Pomocy i Projektów Społecznych Marta Jakubiak podkreśla, że dzięki wrześniowej decyzji radnych zwiększającej budżety placówek, pracownicy dostaną 10-cioprocentowe podwyżki, z wyrównaniem od września.

Regulaminy wynagradzania muszą jeszcze jednak zaakceptować związkowcy. A ci prowadzą właśnie spór zbiorowy z pracodawcą, czyli kierownictwem ZPOW. Miasto deklaruje, że niewykluczone są też kolejne podwyżki. - Musimy rozmawiać, sytuacja finansowa w mieście jest trudna - mówi Marta Jakubiak. - Wymaga to też pilnej analizy budżetu na następny rok - dodaje.

Pracownicy też są gotowi do dialogu. - Na razie to deklaracje - podkreśla Anna Fabisiak-Pawłowska z ZPOW nr 1. - Czekamy, aż będzie to formalne zobowiązanie. Nadzieja jest. Jesteśmy gotowi rozmawiać, ale o konkretach - zapewnia.

Protestujący zapowiadają też, że będą domagać się zmian w prawie, które poprawiłyby funkcjonowanie instytucjonalnej pieczy zastępczej.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny