Afganka z kotem na muralu w Warszawie. Ma przypominać o wydarzeniach w Usnarzu

Anna Gmiterek-Zabłocka
W Warszawie przy ulicy Kruczej odsłonięty został w czwartek mural przedstawiający Afgankę z kotem, która rok temu - wraz z innymi uchodźcami - została zatrzymana w Usnarzu. Słynne zdjęcie dziewczyny ze zwierzęciem na ręku obiegło media. Mural ma przypominać o tamtych wydarzeniach.
Zobacz wideo

Mural wykonała Inga Skrzyszowska. Jak mówi, pomysł wyszedł od aktywistów z Fundacji Ocalenie. To na podstawie ich opowieści, jak również relacji medialnych, pani Inga poznała historię młodej Afganki i szerzej - uchodźców z Usnarza. - Zainteresowałam się tym, kogo mam malować, kim jest ta dziewczyna. Poznałam osoby z fundacji, przyjechał też fotograf, który wykonał to słynne zdjęcie. Tak też weszłam w temat Usnarza i tego, co się tam wydarzyło - mówi artystka. 

Gdy pytamy, co było najtrudniejsze przy tworzeniu muralu, odpowiada, że różne reakcje ludzi, w tym sąsiadów z Kruczej. - To momentami było ciężkie, bo część z tych osób jest mocno zamknięta na innych ludzi, na pomoc innym osobom. I tego też doświadczyłam, robiąc ten mural - mówi Skrzyszowska. Przyznaje, że zdarzały się nieprzyjemne komentarze osób przeciwnych uchodźcom i pomaganiu im. - To rozpraszało, ale też - chcąc nie chcąc - zmuszało do refleksji - dodaje nasza rozmówczyni. 

Kobieta z kotem

Kobieta na muralu to Hajera - Afganka, która rok temu znalazła się w Usnarzu wraz z rodzeństwem, mamą oraz słynnym kotem. Zdjęcie, na którym trzyma zwierzaka na rękach było udostępniane i szeroko komentowane. Przyczyniło się też do dyskusji o zwierzętach - uchodźcach. Fotografię wykonał Grzegorz Dąbrowski z "Gazety Wyborczej" w Białymstoku

Uchodźcy w Afganistanu i Iraku przetrzymywanie na pasie ziemi niczyjej na granicy polsko białoruskiej. Straż graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im wrócić na Białoruś. Usnarz Górny , 19 sierpnia 2021 N/Z Hajera - jedna z córek pani GulUchodźcy w Afganistanu i Iraku przetrzymywanie na pasie ziemi niczyjej na granicy polsko białoruskiej. Straż graniczna nie wpuszcza ich do Polski, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im wrócić na Białoruś. Usnarz Górny , 19 sierpnia 2021 N/Z Hajera - jedna z córek pani Gul Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Wyborcza.pl

Odsłonięty w czwartek w Warszawie mural ma przypominać dramat ludzi z Usnarza. Do koczujących tam wiele tygodni migrantów nie dopuszczono aktywistów, tłumacza, lekarza ani duchownych. Nie pozwolono na dostarczenie potrzebującym żywności, leków czy ciepłych ubrań. Nie stało się to nawet wtedy, gdy Polskę zobowiązywało do tego zabezpieczenie wydane przez Europejski Trybunał Praw Człowieka. - Byliśmy w szoku, kiedy w Usnarzu nasze państwo zachowało się w tak nieludzki i okrutny sposób. Ale myślę, że tak samo większość z nas była zaskoczona tym, w jak okrutny sposób polskie państwo zachowuje się również w stosunku do innych ludzi z polsko-białoruskiej granicy - mówi Kalina Czwarnóg z Fundacji "Ocalenie". 

Mural przy ul. Kruczej w WarszawieMural przy ul. Kruczej w Warszawie Fog. Karolina Szymańska/ Fundacja Ocalenie

Mural ma przypominać o tym, że koczowiska w Usnarzu już nie ma, ale problem dramatu na polsko-białoruskiej granicy nie zniknął. W lasach wciąż są ludzie, a aktywiści i mieszkańcy Podlasia pomagają im przetrwać. - Myślę, że dla każdego człowieka jest i powinno być jasne, że jak ktoś jest w niebezpieczeństwie, jak ktoś zamarza albo jest głodny, to trzeba mu pomóc. Jeśli to jest dla kogoś "bycie durniem", to okej, jesteśmy durniami - mówi Kalina Czwarnóg, odnosząc się do wypowiedzi Andrzeja Dudy podczas święta Wojska Polskiego.

Prezydent mówił wówczas o kryzysie na granicy polsko-białoruskiej. Dziękował polskim żołnierzom i funkcjonariuszom za ich postawę i obronę "mimo różnego rodzaju ataków różnych durniów i zdrajców, różnych ludzi nieodpowiedzialnych". - Słowa tej osoby nie są w stanie mnie obrazić - komentuje krótko Czwarnóg.

Nasza rozmówczyni teraz też jest na Podlasiu i dalej pomaga migrantom. Pytana, czy do takich interwencji w lasach można się przyzwyczaić, odpowiada: "Myślę, że do wszystkiego można, również do trudnych rzeczy". - Oczywiście nie jest tak, że te interwencje mnie nie poruszają. Wprost przeciwnie. Ale, by móc to wytrzymać psychicznie - tak jak ratownicy medyczni - trzeba było nauczyć sobie jakoś z tym radzić. Staramy się też korzystać z profesjonalnej pomocy. Mamy psycholożki, które z nami pracują. Musimy mieć profesjonalne wsparcie, by dawać radę także teraz, po roku, jeszcze tutaj przyjeżdżać - podsumowuje Kalina Czwarnóg. 

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny