"Są dni, w których brakuje nam jedzenia". Uchodźcy z Dworca Centralnego nie zniknęli, a z pomocą coraz gorzej

Na Dworzec Centralny w Warszawie dociera mniej uchodźców niż w pierwszych dniach wojny w Ukrainie, ale to nie znaczy, że nie ma ich wcale. Wolontariusze, którzy każdego dnia starają się pomagać, alarmują, że pierwszy odruch pomocy u Polaków jest już na wyczerpaniu i zdarzają się dni, w których zwyczajnie brakuje im jedzenia dla gości z Ukrainy.
Zobacz wideo

Trwa kolejny tydzień rosyjskiej inwazji w Ukrainie. Według danych Straży Granicznej od 24 lutego polsko-ukraińską granicę przekroczyło ponad 2 175 000 osób. Setki tysięcy uchodźców dotarło do Warszawy, która dla wielu jest pierwszym kierunkiem podróży po wjeździe do Polski. Część z nich zostaje w mieście na dłużej, część jest tu tylko przejazdem, czekając na pociąg w inne regiony Polski lub na zachód Europy. Dla nich tymczasowym schronieniem często stają się warszawskie dworce kolejowe. W pierwszych dniach po wybuchu wojny na Dworcu Centralnym można było spotkać setki osób, które w prowizorycznych warunkach, na karimatach i w śpiworach, chciały przeczekać dzień lub dwa. Teraz uchodźców, którzy śpią na dworcu, jest już znacznie mniej. Zajmują część antresoli w hali głównej.

- Dziś nie ma tu już tylu ludzi, ile było jeszcze przed dwoma tygodniami. Przyszłam tu wtedy z siostrą i po wyjściu nie mogłyśmy przestać płakać i dojść do siebie. Teraz widać, że część osób znalazła już sobie kąt lub wyjechała - mówi reporterowi TOK FM jedna z warszawskich emerytek, która co kilka dni przychodzi na dworzec i przekazuje najpotrzebniejsze artykuły dla uchodźców. Tego dnia przyniosła akurat drobiazgi dla ukraińskich dzieci. - Dziś przyniosłam zeszyty, kredki, temperówki i małe plecaczki. Dla dziewczynek przygotowałam nawet takie małe świecące portfeliki. Chciałabym, żeby przynajmniej przez chwilę mogły poczuć namiastkę normalności - dodaje.

Poziom niżej działa cała armia wolontariuszy, którzy wydają ciepłą herbatę, kawę, słodycze. Udzielają też wszelkiego rodzaju wskazówek. W tym miejscu działa też punkt pośrednictwa pracy. - Ludzie pytają o wszystko. Na przykład, gdzie jest toaleta, gdzie można zjeść coś ciepłego, skąd odjeżdżają autobusy. Pomagamy, jak możemy. Staram się tu przychodzić praktycznie codziennie, przynajmniej na cztery godziny - mówi jeden z wolontariuszy.

Tydzień wcześniej uciekła przed wojną, teraz sama pomaga

Do wolontariatu dołączają też ukraińscy uchodźcy, którzy chcą w ten sposób pomóc swoim rodakom. Pani Waleria zaledwie tydzień wcześniej uciekła przed wojną z Ukrainy. Dziś można ją spotkać na dworcowych korytarzach. - Ten dworzec jest teraz jednym wielkim zbiorowiskiem ludzkich nieszczęść. Nie mam zamiaru siedzieć z założonymi rękami i sama pomagam. Mówię po ukraińsku i rosyjsku, więc staram się to wykorzystywać. Mogę doradzić, gdzie kupić bilet lub jak rozplanować dalszą podróż - mówi.

Na dworcu pracują też wolontariusze z innych krajów, między innymi Niemiec, a nawet Portugalii czy Stanów Zjednoczonych.

"Prawdziwym problemem jest jedzenie"

Przed Centralnym od ponad tygodnia stoi kilka namiotów. Pilnują ich strażacy i policjanci. W środku uwijają się wolontariusze. Jeden z namiotów jest ogrzewany. Znajduje się w nim stołówka. Wcześniej uchodźcy dostawali ciepłe posiłki w hali głównej, co powodowało duży tłok i zamieszanie. Teraz ciepłą zupę można zjeść w ogrzewanym namiocie. Obok znajdują się prowizoryczne magazyny na artykuły higieniczne i jedzenie. Tu spotkałem dwójkę wolontariuszy, którzy segregowali przywiezione dary.

- W tym momencie chemii mamy pod dostatkiem. Rozumiemy przez to żele pod prysznic, podpaski, chusteczki, papier toaletowy, mydło i inne środki czystości. Prawdziwym problemem jest jedzenie. Jak pan teraz widzi, w magazynie obok praktycznie go nie ma. Znika wszystko, co dostajemy. Potrzebujemy głównie produktów z długim terminem ważności. Często brakuje nam też na przykład drożdżówek, którymi można zażegnać tzw. pierwszy głód - opowiada nam wolontariusz. - Pomoc cały czas opiera się na zwykłych ludziach i prywatnych firmach. Wszystkie produkty pochodzą właśnie od nich. W pierwszych dniach wojny widzieliśmy ogromną mobilizację. Teraz, co jest naturalne, zaczyna się ona wyczerpywać. Dlatego apelujemy, by działać długodystansowo. Prosimy o pomoc - dodaje.

Drugą wolontariuszką jest kobieta. - Oprócz wydawania najpotrzebniejszych produktów zajmuję się też innymi zadaniami. Rano przeprowadzamy na dworcu prawdziwe porządki. Prosimy uchodźców, którzy śpią na antresoli, żeby na chwilę uprzątnęli swoje śpiwory. Wtedy wjeżdża tam sprzęt sprzątający, który czyści podłogi. Musimy dbać o czystość. Nawet w tak spartańskich warunkach - kwituje.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny