"Jedziemy do Warszawy. Nie wiem, gdzie się zatrzymamy". Przez Markuszów przebijają się tysiące Ukraińców dziennie

Dla większości z nich jest to pierwsze miejsce po przekroczeniu granicy, w którym mogą wysiąść i coś zjeść. Zatrzymują się tu setki autokarów dziennie. W nich kobiety, dzieci albo osoby starsze uciekające przed wojną w Ukrainie. Niektórzy nie mają nawet butów. - Nie wiem, gdzie się zatrzymamy. Mam nadzieję, że ktoś nam pomoże - słyszymy.
Zobacz wideo

MOP Markuszów to punkt na drodze między Lublinem a Warszawą, w którym kierowcy na co dzień zatrzymują się, by zatankować samochód czy skorzystać z toalety. Obecnie istnieje tam oddolnie zorganizowane miasteczko pomocy. Rzesza wolontariuszy, wspólnie z samorządowcami, dyżuruje tu non stop. W nocy zatrzymuje się tu nawet 160 autokarów, a w ciągu dnia jest ich jeszcze więcej. W środku jadą mamy, dzieci, babcie, dziadkowie, osoby chore czy z niepełnosprawnościami. - Jadę z Winnicy, razem z córką, kuzynką i jej synkiem - mówi Luba. - Jedziemy do Warszawy. Nie wiem, gdzie się zatrzymamy. Mam nadzieję, że ktoś nam pomoże. Nie potrzebujemy wiele - dodaje.

Piotr Kowalczyk, przedsiębiorca z Warszawy wystawił w Markuszowie dwa food trucki z frytkami, a w drodze jest kolejny. Jest tu od 10 dni, śpi w kamperze. Koordynuje pomoc. - To, co się tu dzieje, to bomba pomocy od mieszkańców, którzy dowożą wszystko: zupy, kanapki, kiełbasę, naleśniki, placki. Wszystko. I wszystko schodzi, bo autokary zatrzymują się tu masowo - mówi.

Jak tłumaczy dalej, dla wielu autokarów jest to pierwsze miejsce postoju po przekroczeniu granicy. - Część z nich w ogóle nie zatrzymywała się na granicy, więc nie skorzystali z pomocy, która jest tam oferowana. Dlatego dla nich my jesteśmy pierwsi - wyjaśnia nasz rozmówca - To są osoby, które jadą do Gdańska, do Warszawy, do Szczecina, ale też za granicę, choćby do Berlina czy do Włoch. Ci ludzie jadą wszędzie, a w zasadzie to źle powiedziane. Oni nie jadą, oni uciekają - dodaje pan Piotr.

- Zdarzają się na przykład starsze osoby, które wychodzą z autokarów bez butów. Dlatego bardzo przydają się grube skarpety, które mamy i rozdajemy. Znalazły się też buty. Mamy tutaj wszystko - pokazuje. Przyznaje, że sytuacje są czasami bardzo trudne, a emocje ogromne. - Początkowo, jak pomagałem, to co pół godziny musiałem robić przerwy. Na płacz. Bo oglądamy tu różne sceny i słyszymy różne historie. A pomóc trzeba - mówi. - Była na przykład kobieta, która klęknęła przed policjantem i prosiła, by ją zastrzelił, bo straciła tego dnia na wojnie męża i syna. Straszne tragedie, straszne - opowiada.

MOP Markuszów to m.in. stoiska z daniami na ciepło, z kawą, herbatą, lekami, pampersami dla dzieci. Są też owoce, kanapki, ciasta. Do tego kosze z zabawkami - dzieci podchodzą i wybierają, jakiego pluszaka chcą zabrać ze sobą w dalszą podróż. - Furorę robią kolorowanki. Drukujemy z internetu najróżniejsze i dzieci strasznie się cieszą. Oczywiście dajemy też kredki, które przynosimy z domu. Dzięki temu w dalszej drodze autokarem dzieci mają się czym zająć - mówi Ewa, jedna z wolontariuszek.

Leki na przeziębienie, ale też na uspokojenie

W punkcie z lekami dyżuruje z kolei pani Bożena. - Potrzebowałam czymś się zająć, a nie tylko siedzieć i oglądać telewizję. Dlatego jestem tu, jak tylko mam wolne. Czuję się potrzebna, jestem wśród ludzi - tłumaczy. Jak dodaje, Ukrainki, które podjeżdżają autokarami, najczęściej proszą o coś na ból głowy albo krople na katar. - Jest w nich też ogromny stres i nerwy. Nie wiedzą, co będzie - mówi wolontariuszka. Dla takich osób mają też w punkcie ziołowe leki uspokajające.

Sebastian Harabin, wolontariusz, przyjeżdża z Nałęczowa. Pracuje w food trucku z frytkami i kiełbasą na gorąco. Jak mówi, część osób nie chce wysiadać z autokarów. Zwłaszcza w nocy jest w nich duży niepokój. - Dlatego chodzimy po prostu po autokarach. Rozdajemy frytki i inne jedzenie. To najgorsza trauma. Wszyscy płaczą, nie wierzą, że to dla nich, że za darmo. Jak się jest tam w środku, wszystko najlepiej widać. Emocje, strach - mówi pan Sebastian.

Ludmiła Jemolenko, wychowawca w Zespole Szkół nr 2 w Nałęczowie, przyjeżdża do Markuszowa, bo sama jest z Ukrainy. Rozmawia z tymi, którzy zatrzymują się autokarem na krótszą czy dłuższą chwilę. - Opowiadają na przykład, jak kilka dni musieli siedzieć w piwnicy, bo były naloty. Zastanawiają się, co zostanie z ich miast po wojnie. A niektórzy w ogóle nie chcą rozmawiać, milczą - mówi pani Ludmiła. W MOP Markuszów pełni dyżury razem ze swoimi uczniami, też z Ukrainy. Jeden z nich - Bohdan - przez megafon informuje przyjeżdżających, że cała pomoc jest tu bezpłatna: i jedzenie, i leki, i artykuły niemowlęce, i ubrania, i zabawki.

- Jadę do córki, spod Winnicy. Córka już jest w Polsce. Nie mogłam dłużej zostać w Ukrainie. Leciały bomby - mówi przez łzy pani Oksana.

Przy wielkich garach z zupą spotykamy też Monikę Łucjanek z Ochotniczej Straży Pożarnej. - Dzisiaj jest na bogato. Jest ogórkowa, grochówka, fasolka po bretońsku, brokułowa i pieczarkowa. Są naleśniki z dżemem, z serem, z nutellą. Były racuchy i rogaliki - wylicza. Przyznaje, że czasami łezka się w oku kręci. - Czasami są tacy, którzy chcą się zwierzyć i mówią, że ich dom zbombardowano. To chwyta za serce. I te dzieci, które odjeżdżają i zza szyby pokazują nam takie serduszka z ułożonych rączek. To też wzruszające - dodaje nasza rozmówczyni.

MOP Markuszów działa cały czas - i w dzień, i w nocy. Miasteczko pomocy przyjmuje każde wsparcie. Żywność o długim terminie ważności, dania gorące, chleb, ciasta, ale też ubrania i zabawki. Najważniejsze, by były w bardzo dobrym stanie - uprane, czyste i takie, które dalibyśmy do zabawy np. swoim dzieciom. Jest też specjalna grupa na Facebooku PUŁAWY - MOP Markuszów. Pomoc Uchodźcom z Ukrainy, na której jest cała masa informacji.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny