"Halo? Dzwonię z kliniki zabawek. Pacjent zawału dostał". Pan Piotr daje miśkom i lalkom drugie życie

Od 10 lat rzuca wyzwanie popsutym zabawkom. Klientów mu nie brakuje, choć nie jest to zbyt dochodowy "biznes". Piotr Piechocki z Warszawy jest dobrze znany kurierom na Bielanach. Przed świętami dostaje paczki z całej Polski, najczęściej z prośbą o możliwie szybką naprawę - bo zabawka sentymentalna, bo ma być prezentem dla wnuczki, bo już nikt inny nie daje jej szans. Kiedy klient mówi, że czegoś nie opłaca się naprawiać - on pyta: "A opłaca się wyrzucać?".
Zobacz wideo

- Od czego się zaczęło?

- To był "spontan". Pierwsza naprawiona zabawka to chyba jakiś misiek córki. Mówię do kolegi: ty jesteś elektryk, ja jestem taki "dłubek", razem to ruszymy. I taka pasja nam się narodziła. Długo szukałem tego, co chciałbym robić, a teraz nie wyobrażam sobie niczego innego. Tutaj na przykład [pokazuje zabawkę - red.] mamy miśka, który został już naprawiony. Rusza się i śpiewa. Przyszedł w paczce z lokomotywą. Zastanawiam się, czy uda się ją uruchomić. Na razie pani, która to przysłała pocztą, jest zachwycona tym, że w ogóle dało się poskładać, bo [ciuchcia] przyszła w częściach. Czy to warte tego zachodu? Sam bym ją zatrzymał dla siebie, taka jest piękna.

- Przyszła cała połamana?

- Tak. Byłem pewien, że nie ma szans na jej naprawę. Już odpuściliśmy, ale przed snem wpadłem jeszcze na jeden pomysł i jednak naprawiamy.

- Ja też przyszłam z kolejką. Czy to najczęściej naprawiana zabawka przed Bożym Narodzeniem?

- Przed świętami mamy rzut wszystkiego: i mikołaje, i lokomotywy, i przede wszystkim sentymentalne zabawki. I to szybko trzeba zrobić, bo jak się nie zrobi przed świętami, to potem niestety ludzie nie odbierają.

Ja nie patrzę na cenę za jaką można by kupić, ale wiem, że ludzie nie przyjeżdżają tylko dlatego, że szkoda wyrzucić. Mają sentyment do zabawek. Ta zabawka [pokazuje figurkę - red.] ma 30 lat. To żołnierz. Podnosi rękę i gra na trąbce. Klient przyjechał i powiedział, że jakie by to nie były pieniądze, to on chce to naprawiać. Dużo czasu nam to zajęło - kilka godzin, więc musieliśmy wziąć 100 zł za naprawę.

- A ten żołnierz ma na proporcu napisane "Merry Christmas", faktycznie byłoby dobrze gdyby się klient zgłosił jeszcze przed świętami...

- To taki starszy pan. Dzwoniłem do niego. Mówi, że na pewno przyjedzie. Ale zobaczymy.

- To może to jest do sprzedania? Ja chętnie kupię.

- Nie, nie, nie! Nie sprzedajemy, bo potem mogą być kłopoty (śmiech). Chyba, że klient napisze SMS, że rezygnuje i nie chce już swojej zabawki.

- Jak często się zdarza, że klient mówi: "Ile by nie kosztowało, proszę naprawić."?

- Rzadko. W tym roku może miałem pięć lub sześć takich napraw.

- Co to były za zabawki?

- Sentymentalne - przede wszystkim sentymentalne, na przykład lalka, która miała 120 lat i przyszła połamana.

- Ile kosztowała naprawa?

- Chyba 120 złotych. Dwa lata temu mieliśmy inny przypadek - też z lalką, po odbiór której przyszła do mnie cała rodzina, razem z prababcią. Za jej naprawę wzięliśmy dużo, około 350 złotych. Ale klientka była uprzedzona o takiej cenie i od początku mówiła, że robimy. Ale przyznam, że kiedy tę gromadę ludzi zobaczyłem po tę lalkę, to się przestraszyłem (śmiech). Pani prababcia opowiadała, że dostała tę lalkę w młodości.

Miałem też taką sytuację, że przychodzi pan z synem - chłopczyk miał z dziewięć czy dziesięć lat. Przynieśli zabawkę. Kiedy przyszli ją odebrać, ojciec powiedział do chłopaka: "Widzisz, udało się naprawić za 60 złotych, a zabawka kosztowała 300 złotych". 

Mechanizm poruszania oczami w lalce AgatkaMechanizm poruszania oczami w lalce Agatka http://zabawki.tanienaprawy.waw.pl/

- A ja przyszłam do pana z takim sprzętem. I co pan powie?

- Ładny parowóz (śmiech) i na razie mogę powiedzieć tylko tyle. A co pacjentowi dolega?

- Trochę działa, świeci się lampka i gra muzyczka, ale nie jeździ.

- Trzeba ją całą rozkręcić i zobaczyć. Może będzie do odtworzenia, jeśli nie rozsypały się całe zębatki. Jak rozkręcę i zobaczę co tam jest, to wtedy zadzwonię do pani i mówię mniej więcej ile to będzie kosztowało.

- Ma pan na stronie internetowej takie hasło: "Balansujemy na granicy opłacalności". Czy to opłacalność dla klientów czy dla firmy?

- Firmy. Jeśli ja wezmę 50-60 złotych za naprawę, która mi zajmie dwie lub trzy godziny, to chyba pani rozumie, że ja dużo nie zarabiam.

- A często jest tak, że widzi pan zabawkę i myśli "no nie da się"?

- Z tą kolejką tak było, ale jednak spróbujemy. Przyszedł pomysł i może coś zrobimy.

Lokomotywa Tomek. W tego typu zabawkach najczęściej pęka jakiś element po upadku.Lokomotywa Tomek. W tego typu zabawkach najczęściej pęka jakiś element po upadku. http://zabawki.tanienaprawy.waw.pl/

Halo? Dzwonię z kliniki. Pacjent zawału dostał

- Jest pewna szczególna zabawka...

- Oooo tak, to pluszaki "ferbiaki", gdzieś tu mam [szuka zabawki - red.].

- One się tak masowo psują, czy po prostu dużo osób je kupuje?

- Dużo osób je kupuje i też często się psują. Tutaj jest potrzebna naprawa silnika [pokazuje zniszczoną zabawkę - red.]. W takich konkretnych sytuacjach dzwonię do klienta i mówię, że pacjent [w znaczeniu zabawka furby - red.] dostał zawału. Miałem kiedyś taką sytuację, że dzwonię do klientki i mówię: "Dzwonię z kliniki. Pacjent zawału dostał". A klientka: "Jezus! Dziadek zmarł?!". To musiałem przepraszać, że nic takiego się nie stało, że ja tylko z "kliniki" zabawek.

Przynoszą ludzie też i miśki do odtworzenia, takie ze słomy. Misiek czasami jest tak porozrywany, że praktycznie sam szkielet ze słomy został.

- I gdzie pan tu słomę na Bielanach znajduje?

- Nigdzie, staramy się dorobić co się da. Kombinujemy.

- A najdziwniejsza zabawka jaką pan widział?

- Hm [długa cisza].

- A może ten śpiewający jeleń, którego mi pan na filmiku pokazywał przed chwilą?

- O tak! Jak postawiłem to na chodniku przed warsztatem, to ludzie przechodzili i aż się zatrzymywali żeby podziwiać.

- To jest głowa jelenia. Coś jak zdobycz myśliwych, ale to się rusza i śpiewa. Chyba amerykańska ta zabawka?

- Tak, amerykańska. Klientka mówiła, że w USA kupiła. Muszę przyznać, że dużo radości miałem z tej naprawy. Klientka też - jak odbierała - to bardzo była zadowolona. Młoda kobieta. Szła z tym jeleniem i też się cieszyła, że został zrobiony, a stał u niej cztery lata zepsuty.

- A co w nim się zepsuło?

- Elektronika poszła, nie miał głosu, nie ruszał się, a my to wszystko odtworzyliśmy i nie zajęło to dużo czasu, chyba jeden cały dzień.

Zobacz wideo

- Trochę o sezonowości rozmawialiśmy, mówiąc o tych kolejkach i pociągach, które tu trafiają, bo mają jeszcze w święta jeździć wokół choinki. Taka sezonowość w pana pracy jeszcze się pojawia w jakimś innym czasie?

- Od maja do września rządzą samochody na akumulator, sterowane.

Ogólnie zazwyczaj się kręci cały rok, ale jak przyjdą święta Bożego Narodzenia albo Wielkanoc to rzeczywiście jesteśmy obłożeni robotą. Tylko dzisiaj przyjąłem sześć zabawek. Przychodzą z całej Polski. Czasami mam po siedemdziesiąt telefonów dziennie.

Nie opłaca się naprawiać? A opłaca się ten plastik wyrzucić?

- A zabawka, która dała panu szczególnie dużo satysfakcji, że się udało ją naprawić?

- Wszystkie zabawki cieszą, jak się da je naprawić, bo jednak nie wyrzucamy tego do śmieci, tylko ma drugie życie.

- Jest teraz takie hasło modne "zero waste", a pan w tym duchu już od kilku lat działa i pokazuje, że lepiej naprawić niż wyrzucić.

- Jestem przekonany, że jeśli coś mam wyrzucić, to lepiej to naprawić albo chociaż w częściach oddać do recyklingu. Wyrzucić łatwo, ale z drugiej strony cały czas mówimy: ochrona środowiska, globalne ocieplenie... My sami jesteśmy winni tego, że idziemy i kupujemy, a nie naprawiamy zepsutych rzeczy.

Zdarzyło się, że odkurzacz, który ze śmietnika przyniosłem, naprawiłem za 40 zł, bo tyle kosztował włącznik. I to jest śmieszne. Tutaj też mam hulajnogę, którą ktoś wyrzucił. Naprawiłem za sto złotych. Moja córka ma hulajnogę, nie potrzebujemy nowej. Jeśli ktoś będzie potrzebował, jakaś uboga osoba, to ją oddam. Sam swoją córkę uczę, żeby - zanim wyrzucimy coś - to trzy razy się zastanowić. Zawsze ludziom tłumaczę, że jeżeli zabawka kosztuje 200 zł, a ja ją mogę naprawić za 100 złotych, to lepiej wydać tę stówkę, a nie wyrzucać plastiku i kupować kolejny.

- Mówił pan o swoim pracowniku, kto to jest? Od lat razem pracujecie?

- To jest starszy pan, który od samego początku ze mną pracuje. Elektronicznie to nie widziałem jeszcze takiego magika. Uzupełniamy się. Mówię zawsze żeby on żył jak najdłużej, bo jak jego nie będzie, to zabawki nie będą naprawiane.

- Gdyby miał pan radzić osobom kupującym dzieciom prezenty, to czego nie kupować właśnie z tego powodu, że psuje się najczęściej?

- Pieski interaktywne, bo dla nich nie ma ratunku. Jak upadnie taki pies, coś się w środku złamie i nie da się naprawić. Nawet producent przyznaje, że nie ma części zamiennych.

- A zabawki najpewniejsze, które się nie psują?

- Maskotki (śmiech).

Z Piotrem Piechockim rozmawia Elżbieta Mazur.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny