"Lecimy na lastach". Wakacje w Wiśle krótsze i droższe. Turyści muszą głębiej sięgnąć do kieszeni

Sezon wakacyjny się rozpędza, a hotelarze w Wiśle coraz bardziej martwią się o frekwencję turystów. Rezerwacji jest mniej. Dokonywane są z dnia na dzień i na krótszy czas. - Zamiast tygodniowych wczasów fundują sobie tylko weekend w górach - słyszymy.
Zobacz wideo

Ceny pobytu w Wiśle wzrosły o około 30 procent w porównaniu z ubiegłym latem. Dla przykładu - jeśli za nocleg ze śniadaniem dla dwóch osób trzeba było zapłacić 200 złotych, w tym roku to już koszt 280 złotych. Przedsiębiorcy przekonują, że to skutek przede wszystkim podwyżek za prąd i gaz, a także wyższych cen żywności. 

- Na pewno nie zatrzymamy się na obecnych stawkach - przewiduje Rafał Skurzok z Wiślańskiej Organizacji Turystycznej, właściciel Hotelu Krokus w Wiśle. - Musimy być też świadomi, że konkurujemy już nie tylko z miejscowościami turystycznymi górskimi w kraju, ale również z miejscowościami nadbałtyckimi. Mało tego, oferty znad Adriatyku potrafią w pozytywny sposób zaskoczyć portfel polskiego turysty - dodaje przedsiębiorca. 

Zwraca uwagę, że o ile w poprzednich latach w Wiśle standardem było obłożenie na poziomie 80-90 procent (w sezonie letnim), o tyle w tym roku hotelarze przewidują 40-60 procent. - Mamy ewidentny spadek. To może być najgorsze dla nas lato po koronawirusie. Dzisiaj, jak mamy wydać pieniądze, to wolimy wybrać coś pewnego. W związku z tym decydujemy się na wyjazd nad Adriatyk, gdzie są podobne ceny i pewna pogoda - opisuje Skurzok.

Sprawę komplikuje również COVID-19, o którym co prawda teraz nieco ciszej, ale jednak wciąż jest i potrafi popsuć wakacyjne plany Polaków. - Dziś z tego powodu odwołano mi rezerwację dla dwóch osób na dwutygodniowy pobyt - podaje pan Rafał.

"Lecimy na lastach"

Baza noclegowa w Wiśle w ostatnich latach nieco się poszerzyła. Pojawił się nowy hotel czterogwiazdkowy i pięciogwiazdkowy. Jakie będą miały obłożenie tego lata? Trudno stwierdzić. Jak mówi Skurzok, wśród hotelarzy w Wiśle krąży slogan "lecimy na lastach". - Gość, który wybiera się w nasze okolice, sprawdzi sobie pogodę, ofertę kulturalną w tym czasie i jeśli te czynniki się zgadzają, dokonuje rezerwacji - podkreśla.

Dominują krótkie pobyty. - W naszym obiekcie to średnio 3,7 doby - mówi właściciel Krokusa. - To całkiem niezły wynik, bo średnia w Wiśle to 2-3 dni. W naszej branży bardzo ważna jest ta długość pobytu. Marzy nam się, żeby to było 5 czy 7 dni, bo wtedy nieco spadają nam koszty obsługi hotelowej. Niestety w tym sezonie już widzimy, że długość pobytu trochę się skróciła w porównaniu z ubiegłym rokiem. Widać, że ludzie skracają sobie wakacyjne wyjazdy ze względu na rosnącą inflację. Coraz częściej zamiast tygodniowych wczasów fundują sobie tylko weekend w górach - dodaje hotelarz.

Wielu przedsiębiorców zaczyna martwić się tym, co będzie zimą. Przed wybuchem pandemii hotelarze już latem mieli gotowe oferty na sezon zimowy. W tym roku, jak przewiduje Skurzok, te oferty wstrzymywane będą tak długo, jak to możliwe. Powodem jest nieprzewidywalność cen żywności i energii, które mają ogromny wpływ na koszty pobytu. - To zresztą nie tylko prąd, gaz czy żywność, ale chociażby koszty prania, o których często - jako goście hotelowi - nie myślimy. Dziś dostałem nowy cennik z pralni. Ceny wzrosły od 30 do 50 procent w zależności od rodzaju pościeli - mówi hotelarz.

Ceny energii, jak dodaje, już podskoczyły mu o 150 procent. - Nie możemy tych kosztów całkowicie i nagle przerzucić na klientów, bo ich potracimy. (...) Trzeba robić to stopniowo, ale nie mamy na to czasu, bo te koszty wciąż rosną. To niepokój, który obecnie towarzyszy nam, hotelarzom. Jako branża hotelarska jesteśmy w trakcie odbudowy pocovidowej, a dochodzi nam teraz jeszcze znaczny wzrost kosztów. Łatwo nie jest - podsumowuje nasz rozmówca.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny