"Kilkanaście dziewczynek przez parę godzin głaskało sarenkę". Czego nie robić dzikim zwierzętom spotkanym w lesie?

- Nie jest naszym celem umieścić za kratami jak najwięcej zwierząt, a jak najwięcej ich zza tych krat wypuścić na wolność, kiedy będą już zdrowe - mówi Jacek Wąsiński, który od ponad 35 lat zajmuje się rannymi zwierzętami, a w Mikołowie na Śląsku prowadzi ośrodek rehabilitacyjny dla dzikich zwierząt zwany przez wszystkich Leśnym Pogotowiem.
Zobacz wideo

Latem częściej niż zwykle będziemy spacerować po lesie czy polnych łąkach, więc prawdopodobieństwo, że na swojej drodze spotkamy dzikie zwierzę jest większe niż w innych miesiącach roku. I być może zabrzmi to górnolotnie, ale od naszego zachowania zależy nie tylko zdrowie, ale i życie tych zwierząt.

- Cieszę się, że ludzie zwracają uwagę na zwierzęta i na ich potrzeby, ale z przykrością stwierdzam, że często pomagają zwierzętom na siłę, mimo że nie potrzebują one żadnej pomocy - mówi leśnik Jacek Wąsiński. - Mam odrobinę wiedzy na ten temat, w końcu pracuję ze zwierzętami 35 lat, wyjaśniam ludziom, jak trzeba się zachować i dlaczego zachowania zwierząt są takie, a nie inne. Nie ja to wymyśliłem, tylko przyroda, więc powinniśmy to uszanować. A ludzie i tak twierdzą, że trzeba robić inaczej i na przykład zabierać z lasu małe sarenki - mówi z goryczą.

Nie zagłaskać sarenki

Przykładów nie trzeba daleko szukać. - Sytuacja sprzed kilku dni: w jednej z gmin pod Częstochową nauczycielka geografii zabrała dzieci na wycieczkę, w polu znaleźli maleńką sarenkę. Zamiast odejść i zostawić zwierzę w spokoju, kilkanaście dziewczynek przez parę godzin głaskało tę sarenkę - opowiada Jacek Wąsiński. - Każdy z nas ma internet, w każdej chwili możemy wyszukać informacje np. o tym, jak zachować się, spotykając małe zwierzę w lesie czy w polu. Dowiemy się, że absolutnie nie należy takiego zwierzęcia nie tylko dotykać, głaskać, bo jego matka od razu wyczuje inny zapach i może to maleństwo odrzucić, a już zupełnie nie wolno nam zabierać takiego zwierzęcia ze sobą - tłumaczy. Podkreśla, że w takich sytuacjach przede wszystkim należy zadzwonić do ludzi, którzy się na tym znają. A i takich ludzi, i instytucji nie brakuje. - Smutny finał historii z małą sarenką jest taki, że to maleństwo właśnie jedzie do nas, do mikołowskiego Leśnego Pogotowia.  Sarenka zaciekawiona poszła za grupą dzieci, oddalając się od miejsca, w którym zostawiła ją sarnia mama - opowiada leśnik.

Jacek Wąsiński przyznaje, że ludziom często trudno jest się pogodzić z tym, że w przyrodzie nie zawsze jest kolorowo i pachnąco - czasem jedno zwierzę ginie, by żyć mogło inne. Jako przykład podaje zbieranie podlotów. - Ludzie w miastach mówią mi: proszę pana, tu jest dużo kotów i trzeba pozbierać te ptaszki, bo mogą nie przetrwać. Wtedy tłumaczę, że podlotek nie jest jeszcze dorosły, że wielu rzeczy musi się jeszcze nauczyć, m.in latania, szukania pokarmu, bo na razie karmi go mama, że jest to zwierzę, które w rękach człowieka będzie bardzo zestresowane i niejednokrotnie będzie wolało zginąć, niż przyjąć od człowieka pokarm - wyjaśnia.

Jak najwięcej zwierząt wypuścić zza krat

Do Leśnego Pogotowia w Mikołowie, działającego przy Nadleśnictwie Katowice, rocznie trafia ponad dwa tysiące zwierząt, głównie z województwa śląskiego, ale nie tylko. - Codziennie ludzie przywożą nam małe sroki, sarenki, kuny, szpaki, bociany, dzięcioły, sowy, pustułki... Można by długo wymieniać - podkreśla leśnik. Bywa, że to pogotowie wyrusza po ranne czy potrzebujące pomocy zwierzę. 

- Właśnie przyjechał do nas z Raciborza malutki bocian, którego najprawdopodobniej odrzuciła mama. Miał tyle szczęścia w nieszczęściu, że wpadł w krzaki, które zamortyzowały upadek. Miejscowi poprosili o pomoc straż pożarną, która boćka zabezpieczyła, a my go od strażaków odebraliśmy. Jest słaby, ale robimy wszystko, żeby bociek przeżył - wyjaśnia Wąsiński. Czy uratowany bociek odzyska wolność, gdy wyzdrowieje? Na to pytanie leśnik odpowiada wprost: "To jest moje marzenie, taki jest zresztą główny cel i zadanie Leśnego Pogotowia. Nie jest naszym celem umieścić za kratami jak najwięcej zwierząt, a jak najwięcej ich zza tych krat wypuścić na wolność, kiedy będą już zdrowe". 

Nasz rozmówca apeluje, by w sytuacji, kiedy spotkamy dzikie zwierzę i będziemy uważali, że potrzebuje pomocy, zadzwonić do specjalistów, nim sami zdecydujemy się cokolwiek zrobić. - Zwierzęta nie są z natury agresywne i złośliwe, ale gdy są ranne, wystraszone, mogą zachować się różnie, więc zawsze pamiętajmy o własnym bezpieczeństwie. Z drugiej strony nie wpadajmy w panikę, nie przesadzajmy - radzi. Wspomina sytuację, w której ktoś trafił na małego liska, a dzwoniący do Leśnego Pogotowia prosili, żeby zabrać to zwierzę, bo może zagryźć dzieci.

- Przede wszystkim zadzwońmy i poradźmy się, co robić. W miastach np. straży miejskiej czy powiatowego centrum zarządzania kryzysowego, a w rejonach leśnych - Lasów Państwowych - wskazuje. Leśnik radzi też, by w miesiącach letnich nie dokarmiać dzikich zwierząt. - Co innego woda, której co roku brakuje w glebie, więc miseczka z wodą przyda się każdemu zwierzęciu podczas upałów, choćby jeżowi czy ptakowi, ale latem nie dokarmiajmy zwierząt, one sobie poradzą same, chrońmy zwierzęta, szanując ich zwyczaje - apeluje Jacek Wąsiński.

Numer telefonu do Leśnego Pogotowia w Mikołowie to 605 100 179, a na stronie internetowej lesnepogotowie.pl jest sporo praktycznych informacji o tym, jak pomóc dzikim zwierzętom, żeby im nie zaszkodzić.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny