W niecałe pięć lat odtworzyli las zniszczony przez nawałnicę stulecia. "Szkółka nie nadążała z produkcją sadzonek"

25 milionów drzewek w niecałe pięć lat posadzono w miejscu, w którym przez Kujawsko-Pomorskie przeszła nawałnica stulecia. Leśnicy z Nadleśnictwa Szubin podziękowali wszystkim, którzy pomagali sprzątać, usuwać połamane drzewa i sadzić nowe.
Zobacz wideo

- W nocy 11 sierpnia 2017 r. w ciągu kilkudziesięciu minut wiatr wyrządził zniszczenia od Wrocławia do Gdańska. Mówiąc obrazowo, szkody dotyczyły powierzchni odpowiadającej wielkości półtorej Warszawy. W naszym nadleśnictwie wichura zniszczyła 10 z 25 tysięcy hektarów - wspomina nadleśniczy Grzegorz Gust. - Ponad dwa tysiące hektarów trzeba było odtworzyć od początku. To było ponad 650 tysięcy metrów sześciennych drzew, które musieliśmy wyciąć i na tych powierzchniach posadzić nowe - dodaje.

- W ciągu pięciu lat posadziliśmy 25 milionów drzewek - mówi Piotr Siuda, komendant posterunku Straży Leśnej w Nadleśnictwie Szubin. - Nasza szkółka, która produkuje dla nas sadzonki, nie była w stanie dostarczyć nam takiej ilości. W ciągu roku sprowadzaliśmy młode drzewka z 17 szkółek. To był bardzo ciężki czas. W ciągu każdego roku wykonywaliśmy plan pięcioletni - wylicza Siuda.

Pomagali wszyscy. - Wspieraliśmy się naszymi zakładami usług leśnych, które sadziły dla nas drzewka, ale w odbudowie lasów pomagało nam całe społeczeństwo powiatu nakielskiego i żnińskiego. Ponad 50 różnych grup i organizacji, koła łowieckie, harcerze, ochotnicze i państwowe straże pożarne, szkoły. Ludzie się sami mobilizowali i przyjeżdżali sadzić nowy las - mówi z dumą komendant. A z uśmiechem dodaje, że nie jest w stanie policzyć, ile drzew posadził własnoręcznie. - Pewnie dziesiątki tysięcy, ale nikt tego wtedy nie liczył - mówi.

W ciągu niecałych pięciu lat udało się posadzić 25 mln nowych drzewW ciągu niecałych pięciu lat udało się posadzić 25 mln nowych drzew Beata Korzeniowska

Jednocześnie przyznaje, że nowy las został nieco przebudowany. Jak tłumaczy nadleśniczy, połowa nowo posadzonych drzew to gatunki liściaste: brzozy, dęby, buki, lipy czy graby. - Lasy, które po sobie pozostawimy, będą dość mocno różniły się od tych, które tutaj rosły - podkreśla.

Leśnicy zapewniają, że przez kolejnych pięć lat będą doglądać nowego lasu. - Będziemy pielęgnowali drzewka i sadzili nowe w miejsca tych, które uschną, bo niestety kolejne susze albo kataklizmy mogą je zniszczyć - dodaje komendant Siuda. Jak tłumaczy, po tym czasie leśnicy będą oceniać uprawy. - Z reguły mamy 80-90 procent udatności drzew, które posadziliśmy. Mamy doświadczenie i jesteśmy dobrej myśli - przyznaje.

W nocy huk, rano przejmująca cisza

- Każdy z nas, a na pewno każdy leśnik tę noc zapamięta do końca życia. 20-30 minut, wichury i koszmarny obraz zniszczeń - tak Grzegorz Gusk wspomina feralną sierpniową noc z 2017 roku. Jak mówi, tylko cud sprawił, że w okolicy nikt nie zginął. Nawałnica łamała ogromne drzewa jak zapałki. Sosny, brzozy, nawet dęby. - Wiatr niszczył wszystko, był tak silny, że gatunek drzew nie miał znaczenia - tłumaczy nadleśniczy.

Najgorszy był poranek następnego dnia. - Nie dało się wejść do lasu. Musieliśmy najpierw udrożnić drogi, umożliwić strażakom, żołnierzom i energetyce naprawę zerwanych linii energetycznych, by okolicznym mieszkańcom przywrócić prąd. Ale to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to grobowa cisza - mówi poruszony wspomnieniami leśnik. - Nie było słychać nic. Kompletnie nic, a do zniszczonego lasu nie dało się ani wejść, ani wjechać - relacjonuje.

Wspomina, że rano rozdzwoniły się telefony, a leśnicy wyruszyli oceniać straty. - Większość z nas mieszka w lesie. Wyjazd nie był możliwy, bo powalone drzewa blokowały drogi. Pieszo, rowerami objeżdżaliśmy las dookoła, bo do środka nie dało się wejść. To było przerażające - mówi poruszony Piotr Siuda. - W ciągu 20 minut Leśnictwo Wieszki czy sąsiednie Leśnictwo Nakło zniknęły. Te lasy to była praca kilku pokoleń leśników - dodaje.

Co istotne, zniknęły też zwierzęta. - Kiedy sprzątaliśmy wiatrołomy, baliśmy się, że pod zwalonymi drzewami znajdziemy ranne bądź nieżywe zwierzęta. Nie znaleźliśmy żadnego. One mają instynkt i przeczuwając katastrofę, zdążyły uciec. Wróciły po kilku miesiącach, kiedy w lesie było już bezpiecznie i cicho, kiedy zniknęli z nich ludzie z piłami i ciężki sprzęt - opowiada Grzegorz Gust.

Nawałnica stulecia

- Nazwaliśmy tę katastrofę nawałnicą stulecia, ponieważ trudno doszukać się w historii naszego kraju podobnego kataklizmu. W całej Europie w ciągu ostatnich 100 lat nie było podobnego w skutkach zdarzenia. Moim zdaniem powierzchnią i skalą zniszczeń można tę klęskę porównać do upadku meteorytu, który w latach 20. spadł na Syberii - mówi nadleśniczy.

Przypomnijmy, gwałtowna burza przeszła w godzinach popołudniowych, wieczornych oraz w nocy z 11 na 12 sierpnia 2017 roku od Dolnego Śląska przez Wielkopolskę i Kujawy po Pomorze Gdańskie oraz Warmię. Prędkość wiatru w porywach osiągała 120 km/h, a punktowo przekraczała nawet 150 km/h. Wichura zniszczyła ponad 12 tysięcy budynków mieszkalnych, 10 tysięcy budynków gospodarczych, ponad 100 szkół, do tego mosty i drogi. Pozrywała linie energetyczne, pozbawiając prądu ponad 130 tysięcy osób. Były też ofiary. W obozie harcerskim w lesie w Suszku koło Chojnic zginęły dwie harcerki, a 22 osoby zostały ranne.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Najnowsze podcasty

Więcej podcastów