Beskidy. Więcej wypadków z udziałem rowerzystów. Ratownicy dostali nowy sprzęt do ewakuacji poszkodowanych

Rośnie liczba wypadków z udziałem rowerzystów górskich w Beskidach. W ubiegłym roku ratownicy GOPR interweniować musieli 200 razy, dziesięciokrotnie częściej niż siedem lat temu. Właśnie otrzymali nowego quada do ewakuacji poszkodowanych z trudno dostępnych terenów.
Zobacz wideo

Rośnie zainteresowanie turystyką górską - zarówno pieszą, jak i rowerową. Proporcjonalnie rośnie też liczba wypadków oraz interwencji ratowników GOPR. W 2020 roku ich liczba wyniosła 184 - co trzeci wypadek w górach był właśnie wypadkiem rowerowym. W roku 2021 tego typu zdarzeń było jeszcze więcej, bo 200. To - jak podkreślają goprowcy - niespotykana do tej pory skala. Taka sytuacja jest dla ratowników ogromnym wyzwaniem.

- Zainteresowanie rowerową turystyką górską jest widoczne - mówi nam Marcin Szczurek, naczelnik Beskidzkiej Grupy GOPR. - Sprawiły to zwłaszcza trasy Enduro [jednokierunkowe trasy rowerowe, tzw. "singletracki" - red.]. To wąskie, kręte i pofalowane ścieżki o różnym stopniu trudności. Zależnie od stopnia zaawansowania kolarza, można wybrać łatwiejszą, o łagodnym nachyleniu. Są też te bardziej strome, wymagające większych umiejętności i zaawansowania - wyjaśnia.

Podkreśla, że jeśli chodzi o Beskidy, to najwięcej wypadków rowerzystów odnotowywanych jest w rejonach Szyndzielni, Kołowrotu, Koziej Góry, Małe Skrzyczne i Żar, mimo że trasy tam są przygotowane i serwisowane. - Mamy też w Beskidach dużo dzikich tras, jak na przykład w rejonie Magury Wilkowickiej. Jest ich tam kilkanaście. Rowerzyści uprawiający ten sport wiedzą, gdzie one przebiegają. Mają je tam nawet oznaczone na drzewach. Natomiast w żaden sposób nie są one ani przygotowywane przed sezonem, ani serwisowane. Ale wypadkowość na nich jest dość mała. Tutaj jeżdżą jednak raczej doświadczeni rowerzyści - opowiada dalej ratownik.

W góry rowerem - ale elektrycznym - wyrusza ostatnio także coraz większa grupa seniorów. Wcześniej był to dla nich sport zbyt forsowny, ale dzięki elektrycznemu wspomaganiu jest im łatwiej. Niestety, zdarza się również, że i oni wymagają interwencji ratowników górskich.

Wbrew pozorom, ratownicy nie są praktycznie wcale wzywani do wypadków, w których udział biorą i piesi, i rowerzyści jednocześnie. - To, że się nie zderzają, to bardzo dobrze, bo nie ma poważnych kontuzji, ale że się nawzajem nie lubią, to wiemy - śmieje się naczelnik beskidzkiego GOPR. Ratownicy górscy najczęściej wzywani są do wypadków powodowanych przez mniej zaawansowanych w jeździe kolarzy.

Nowy sprzęt dla ratowników

W szybszym dotarciu do poszkodowanych Grupie Beskidzkiej GOPR ma pomóc nowy quad, który kosztował 90 tysięcy złotych i został zakupiony dzięki 60-tysięcznej dotacji Urzędu Miasta w Bielsku-Białej. Nowy sprzęt będzie stacjonował w rejonie Klimczoka i posłuży przede wszystkim do zabezpieczania rejonów Szyndzielni, Klimczoka i Koziej Góry - zarówno zimą jak i latem.

- Wszyscy się chyba zgodzą z tym, że w XXI wieku trudno jest ratować, używając tylko własnych mięśni. Musimy szybko do poszkodowanego dotrzeć, zabezpieczyć i potem szybko go ewakuować albo do karetki, albo do LPRu. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy do wypadku rowerowego, które w większości są wypadkami ciężkimi, szli "na butach" - przyznaje nasz rozmówca.

Nowy quad ma również przyczepę, która umożliwia zabranie poszkodowanego wraz z jego rowerem. - Gdy przyjeżdżamy na miejsce wypadku, często pacjent jasno deklaruje, że on nigdzie nie pojedzie bez roweru! - mówi Marcin Szczurek. - Trzeba pamiętać, że takie rowery kosztują od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. I to jest problem, z którym musieliśmy się zmierzyć, czyli dostosować się do tego, że musimy zabrać pacjenta wraz z jego rowerem - dodaje ratownik.

Naczelnik nie chciałby jednak demonizować rowerowej jazdy po górach. - Sport jest dla wszystkich. Góry są dla wszystkich i uważam, że większość turystów jednak jest rozważnych. Nieszczęśliwe wypadki się zdarzają, a przy sportach ekstremalnych zdarzają się po prostu częściej. Zawoziłem kiedyś rowerzystę, który trzeci sezon z rzędu złamał sobie obojczyk. Jak jechałem z nim karetką, to głośno się zastanawiał, czy przypadkiem nie zmienić dziedziny sportu, ale niektórzy lubią taką adrenalinę - wspomina naczelnik.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny