"Za tydzień też będziemy świętować. Sąsiad już pożyczył mi krzesła". Wracamy do rodzin, które przyjęły uchodźców z Ukrainy

- Na święta zawsze wyjeżdżaliśmy z domu, do rodziny. Teraz mamy gości z Ukrainy i okazję, żeby wszystkich zaprosić do nas. Będziemy w kilkanaście osób, same plusy - mówi jeden z mieszkańców, który od początku wojny gości u siebie uchodźców. Takich osób jest więcej. Sprawdzamy, jak żyje im się pod wspólnym dachem i jak idą przygotowania do tych, nieco nietypowych, polsko-ukraińskich świąt.
Zobacz wideo

Po siedmiu tygodniach od wybuchu wojny w Ukrainie, ponownie odwiedzamy mieszkańców Lubelszczyzny, którzy przyjęli do siebie uchodźców. Byliśmy u nich pod koniec lutego. Wtedy jeszcze nieśmiało poznawali się przy posiłkach, dziś pożyczają od sąsiadów krzesła, żeby zmieścić się przy wielkanocnym stole. W tym roku w wielu rodzinach świętować się będzie podwójnie - najpierw po polsku, a tydzień później po ukraińsku. 

- Na ogół na święta wyjeżdżaliśmy z domu. Do rodziny żony i do moich rodziców. Teraz mamy gości z Ukrainy i okazję, żeby wszystkich zaprosić do nas. Będziemy więc w kilkanaście osób spędzać Wielkanoc, same plusy - mówi Sławomir Ćwik, zamojski radny i wolontariusz. W jego domu goście z Ukrainy nie będą skrępowani. Są tu od kilku tygodni i przez ten czas mieli już wiele okazji, żeby poznać całą rodzinę. Szanując tradycję swoich gości, do stołu wielkanocnego usiądą też za tydzień.

Ćwikowie od początku marca mieszkają z Iriną i jej pięcioletnimi, cudownymi - jak podkreślają - bliźniaczkami. - Razem z żoną tak naprawdę odmłodnieliśmy, bo nasze dzieci są już dorosłe. W tej chwili mamy dwie fajne pięciolatki. Dzieci są cudowne. Poznaliśmy nową kuchnie, wielkich różnic kulturowych między nami nie ma. Zachęcam innych, żeby również pomagali - dodaje pan Sławomir.

Święta w Sokalu

Od Rafała Zwolaka - również radnego i wolontariusza - goście z Ukrainy już odjechali. Podkreśla, że pobyt dwóch matek z trojgiem dzieci wspomina bardzo miło. Razem siadali do posiłków, razem gotowali, sprzątali, żyli jak rodzina. Dzieci - już w pierwszych dniach - szukały wsparcia i potrzebowały poczucia bezpieczeństwa, więc mocno tuliły się do pana Rafała, a czasem nawet się po nim wspinały. - Zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że gdy ich mama musiała wyjść, dzieciaki zaproponowały, że chętnie zostaną ze mną i pochodzą po starówce - mówi zamojski radny. - Chętnie zaglądały też do moich rodziców i dzieci mojego brata - dodaje. Ostatecznie, po trzech tygodniach, zdecydowały się jechać dalej - do swoich znajomych w Austrii i Włoszech.

Zwolak, jak mówi, część tegorocznych świąt spędzi w Sokalu w Ukrainie. To miasteczko w obwodzie lwowskim, położone około 20 km od granicy polsko-ukraińskiej. - Dostaliśmy informację, że przywieziono tam z Buczy i Mariupola dwadzieścioro dzieci. Są w wieku od miesiąca do 10 lat. Nie wiadomo, co stało się z ich rodzicami. Nie mają również żadnych dokumentów - mówi.

Zamojski radny już od miesiąca, wspólnie z przyjaciółmi, organizuje transporty do Ukrainy. Do Sokala zawiozą paczki wielkanocne i wszystko, co może rozweselić maluchy. Dzieci ciągle wierzą, że jeszcze zobaczą swoich rodziców. Z wolontariuszami z Zamościa wróci do swojego kraju młoda Ukrainka, która uciekła do Polski kilka tygodni temu. Zdecydowała, że musi pomóc dzieciom z Buczy i Mariupola.

Stół mają długi, ale pożyczyłem sąsiadowi kilka krzeseł, bo będzie duża gromadka

U sąsiada Zwolaków będą za to święta polsko-ukraińskie. Sąsiad nawet przyszedł pożyczyć kilka krzeseł, bo przyjedzie cała rodzina. Wszyscy starają się pokazać, że tu - w Polsce - można poczuć się bezpiecznie i wierzyć w lepszy świat. Goście z Ukrainy mają za sobą wyjątkowo potworne przeżycia. Są z Mariupola. Przez kilka dni siedzieli w schronie, chowając się przed bombardowaniem. Uciekli, gdy tylko pojawiła się okazja. Niestety, kiedy biegli do autobusu, część rodziny została zastrzelona. Mąż kobiety musiał zostać na froncie.

W domu ugościliśmy już 67 osób

Niewiele brakowało, a pani Kinga z mężem Wiesławem też siedzieliby przy świątecznym stole z uciekającymi przed wojną uchodźcami. Ich ostatni goście odjechali do Niemiec w Wielką Sobotę. Pewnie niebawem pojawi się ktoś nowy.

Zaraz po wybuchu wojny Kinga i Wiesław postanowili, że będą pomagać tak długo, jak się da. Swój plan uparcie realizują. Od początku inwazji - na krótkie pobyty - zakwaterowali u siebie już 67 uchodźców. Mają dużo kontaktów za granicą, więc po ich gości przyjeżdżają wolontariusze z Danii, Niemiec, Szwecji i Francji. Współpracują też z punktem recepcyjnym i dbają o to, często przy zaangażowaniu policji, żeby uchodźcy trafiali od nich w bezpieczne miejsca.

Do swojego domu przyjmują najczęściej cztero- lub pięcioosobowe rodziny, choć zdarzyła się również siedmioosobowa gromadka. Byli m.in. rodzice z rocznymi bliźniakami i chłopcami w wieku 7 i 9 lat.

Gościom ze Wschodu Kinga i Wiesław udostępniają całe piętro domu wraz z ogromnym 60-metrowym salonem, kuchnią i łazienką. - Tym, którzy nie wyjechali za granicę, pomogliśmy znaleźć mieszkanie i prace. Teraz sami się utrzymują, a my wspieramy ich z różnych darów, które przygotowujemy do transportów za granicę. Dowozimy od czasu do czasu jedzenie. Teraz na przykład szukamy dla nich pralki - mówi pani Kinga z Płoskiego pod Zamościem.

Razem z mężem udostępniają też swoje magazyny na pomoc humanitarną i organizują transporty. To sprawia, że uchodźcy przebywający w ich domu są bardzo samodzielni. Inaczej, jak mówi Kinga, brakowałoby doby. - Pamiętam jednak jeszcze pierwszych gości, którzy dotarli wyczerpani po kilku dobach czekania przy granicy. Przychodziłam z pracy, gotowałam, karmiłam, zmieniałam pościel, a prania było tak dużo, że woziłam je do suszarki do znajomych. Wtedy potrzebowali takiej pomocy - wspomina.

Pracują, uczą się, a nawet wracają do swoich domów

Pan Michał z Hrubieszowa, w pierwszych dniach wojny, oddał połowę pokoi swojego domu krewnym z Ukrainy. Niby daleka rodzina, ale wcześniej nie mieli okazji, by się poznać. Świąt razem już jednak nie spędzą, bo wszyscy odjechali. Przez miesiąc - mimo wszystko - zdążyli spędzić ze sobą dużo czasu. Razem gotowali, zamawiali pizzę, pomagali sobie w codziennych obowiązkach, a dzieci polubiły się już przy pierwszej zabawie. 

Duża część rodziny wróciła do Ukrainy. Dwóch nastolatków jest we Francji i chodzą tam do gimnazjum. Jedna z matek z córką pojechała natomiast do Islandii. Kuzynka z córkami w wieku 6 i 3 lat przebywają teraz u innych krewnych w Hrubieszowie, a starsza dziewczynka chodzi tu do podstawówki. Jej mama szuka pracy jako opiekunka do dzieci. Kobiety od początku chciały się w coś zaangażować - jedna z tych, które odjechały do domu w Ukrainie, pracowała przez dwa tygodnie w szwalni.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny