Między dyżurami w szpitalu jeździ pomagać do Ukrainy. Dr Pikulska: Tam chirurg nie ma nawet czym szyć

"Sprzęt dowozimy, a ludzi ewakuujemy. Nie da się opisać tych emocji i stanu wojny" - pisze dr Katarzyna Pikulska, lekarka z Siedlec, znana jako liderka protestu rezydentów sprzed kilku lat. Między dyżurami jeździ pomagać do Ukrainy. - Jadę, bo mam poczucie, że to jest potrzebne. Byłam do tego szkolona - mówi.
Zobacz wideo

Dr Katarzyna Pikulska na co dzień pracuje w szpitalu w Siedlcach, w którym ma normalne dyżury. Jednocześnie działa w Porozumieniu Chirurgów Skalpel. W 2017 roku była jedną z liderek protestu rezydentów. Dziś, między dyżurami w szpitalu, wsiada w samochód i jedzie do Ukrainy. Wozi dary głównie dla szpitali i przedstawicieli obrony terytorialnej.

- Dostajemy listy potrzeb. Byłam we Lwowie, Tarnopolu i ostatnio pod Winnicą. Dowozimy niezbędny sprzęt medyczny i lekarstwa. Ale też na przykład piły spalinowe, kilofy, akumulatory, baterie, do tego konserwy rybne, apteczki, śpiwory - zawsze według listy - wylicza.

Jak podkreśla, wyjazd ma podwójny cel. - Bo jedziemy z darami, ale w drodze powrotnej ewakuujemy ludzi z takich obszarów, na które jesteśmy w stanie dotrzeć. Bywa, że ludziom udaje się przedostać spod Kijowa czy Charkowa do Lwowa bądź Równego i my ich stamtąd zabieramy do Polski. Są to kobiety i dzieci, które uciekają przed wojną. Czasami są to rodziny wojskowych, którzy poszli walczyć, a chcą być pewni, że ich najbliżsi są bezpieczni. Ludziom nagle, z dnia na dzień, świat zawalił się na głowę. Muszą uciekać przed bombami - opowiada dr Pikulska.

"Chirurg nie ma czym szyć"

- Jestem w kontakcie z dyrektorami szpitali w Ukrainie i od nich słyszę, że na ten moment najbardziej brakuje im sprzętu. Na przykład chirurg nie ma nawet czym szyć. I my się staramy zaspokoić im te braki - mówi. I dodaje, że jeśli pojawiłaby się potrzeba pomocy lekarskiej, jest gotowa jechać i pomagać w ukraińskich szpitalach.

Lekarka podkreśla, że zdarza się jej płakać - razem z tymi, których spotyka i których ewakuuje z Ukrainy do Polski. - Wiozłam na przykład kobietę, która przez kilka dni siedziała w piwnicy w Sumce, pod ostrzałem artyleryjskim miasta. Blada, przerażona, zapłakana, w ogromnej traumie, ale z nadzieją na lepszy dzień. Strasznie czekała na to, aż zobaczy syna - wspomina lekarka.

Opowiada też o chłopcu, którego wywiozła z Ukrainy. - Mama nie mogła po niego pojechać, ojciec jest na froncie i ja go przywiozłam. Jak dojechałam do Warszawy, jak dziecko rzuciło się na mamę, to wszyscy płakaliśmy. Ze szczęścia, że już są razem - mówi dr Pikulska.

To nie pierwsze wojenne wyzwania dla lekarki z Siedlec. - Byłam już na misji w Iraku, w trakcie wojny - mówi. - Jadę, bo mam poczucie, że to jest potrzebne. Byłam do tego szkolona. Razem z innymi osobami, z którymi współpracuję, robimy świetną robotę. Wiem, że muszę wyłączyć emocje, by osoby, które wiozę, czuły spokój i bezpieczeństwo - podsumowuje.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj -> 

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny