"My mamy swoje rodziny i prace. Za chwilę nas wyrzucą, bo pomagamy 24 godziny na dobę"

- My jesteśmy z tym sami, nikt nas nie wspiera. Mamy dwóch policjantów i dwóch żołnierzy, może wejść tam każdy. Wynieść leki, przyjść do naszego lekarza. Takie rzeczy się dzieją - mówi nam jedna z wolontariuszek pracujących na Torwarze. Równocześnie politycy zapewniają, że punkt działa wzorowo.
Zobacz wideo

Ciąg dalszy dramatycznego apelu wolontariuszy pracujących na Torwarze. Od piątku działa tam punkt dla uchodźców na około 500 osób. Jak mówią nam aktywiści, od pięciu dni nikt ze strony rządu nie potrafi zorganizować wystarczającej liczby posiłków, firmy sprzątającej czy wsparcia logistycznego. Wszystko opiera się na barkach wolontariuszy. - My mamy swoje rodziny i prace. Za chwilę nas z naszych prac wyrzucą, bo pomagamy 24 godziny na dobę - mówi nam jedna z wolontariuszek z hali przy Łazienkowskiej. Jest tam już któryś dzień z rzędu, pomaga i koordynuje. Na nic innego nie ma czasu.

Punkt w COS Torwar organizuje wojewoda mazowiecki. Konstanty Radziwiłł był w środę na miejscu. Mówił o szerokiej pomocy, wielkich sercach wolontariuszy i prowadzeniu wzorowego ośrodka. Przekonywał, że do pracy w terenie (na Torwarze, ale też w innych rządowych punktach) wysłanych zostało około 250 pracowników jego urzędu. Wolontariusze będący na miejscu konsekwentnie utrzymują jednak, że przedstawicieli rządu nie widać, a oddolni aktywiści zostali zostawieni sami sobie. 

"Urząd nie zrobił dziś nic"

- W momencie gdy pan wojewoda stał wczoraj przed budynkiem, trwało rozładowywanie jedzenia. Ile ci ludzie [wolontariusze] mogą tak nosić? Kiedyś pękną im plecy - mówiła na antenie TOK FM Marta Włodarczyk, również wolontariuszka w COS Torwar. - Słyszymy, że punkt działa dobrze. Owszem, ale tylko ze względu na to, że przypadkowi ludzie organizują wsparcie i pomoc. Brakuje podstawowych elementów do zapewniania ciepłych posiłków. Na terenie Torwaru nie ma kuchni, jest jedynie punkt gastronomiczny z mikrofalówką i kilkoma czajnikami - opowiadała.

Ciepłe posiłki trafiają na Torwar dzięki uprzejmości lokalnych restauracji. - Ja, osoba bez doświadczenia, zajmowałam się zamawianiem posiłków dla tysiąca osób - mówi nam Maria Kordalewska, inna z wolontariuszek. - Restauracje dowiozą nam to w godzinę, ale to nie może trwać w nieskończoność. Urząd nie zrobił dziś nic - dodaje.

Tykająca bomba?

Jednocześnie pojawiają się kolejne doniesienia o zakażeniach koronawirusem wśród osób na Torwarze. Wczoraj pozytywny wynik zanotowała jedna z wolontariuszek, kilkadziesiąt godzin temu potrzebna była pomoc lekarza dla dziecka, według nieoficjalnych informacji również chorego na COVID-19. - Mamy bardzo dużo przypadków koronawirusa. Przedwczoraj dziecko pojechało do szpitala z covidem, ludzi się tam nie testuje, nie szczepi. Jesteśmy przekonani, że przypadków jest coraz więcej - mówi pani Maria.

Do tego dochodzi masa innych problemów, chociażby z brakiem zabezpieczenia. Wolontariusze informują, że są pierwsze przypadki wynoszenia towarów, darów i leków. - Mamy na Torwarze dwóch policjantów i dwóch żołnierzy. Tam może wejść każdy. Wejść do magazynu, wynieść sobie leki i przyjść do naszego lekarza, takie rzeczy się dzieją - podaje nasza rozmówczyni.

W czwartek rano o wizycie na Torwarze poinformowała posłanka PiS Jadwiga Emilewicz. Jej zdaniem punkt działa bardzo dobrze i niczego w nim nie brakuje. "Jest mnóstwo jedzenia. Ciepłego i suchego prowiantu. Ludzie z miasta wciąż dostarczają zaopatrzenie. Terytorialsi pilnują porządku, wolontariusze panują nad punktem przyjęć, strefą gastro. W bawialniach szaleją dzieciaki" - napisała. Komentarz polityczki spotkał się z niemałą krytyką. Internauci podkreślali, że w takim miejscu to nie "ludzie z miasta" powinni zapewniać jedzenie i pomoc uchodźcom, ale rząd.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny