Wojewoda odnosi się do doniesień o trudnej sytuacji na Torwarze. "W tych warunkach nie da się zrobić więcej"

- Moim zdaniem w tych warunkach, dla takiej grupy osób i w takim tempie, nie da się zrobić więcej - mówi wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł, odnosząc się do dramatycznego apelu wolontariuszy pracujących w ośrodku dla uchodźców na Torwarze.
Zobacz wideo

Apel o pomoc udostępniła w środę w mediach społecznościowych Joanna Niewczas, koordynatorka wolontariuszy na Torwarze. Podkreślała, że brakuje środków finansowych m.in. na leki czy pożywienie. Punktowała władze również za to, że nie są w stanie dostarczyć podstawowych środków higieny czy maseczek i płynów do dezynfekcji.

Wpis szybko rozszedł się w mediach i sprawił, że na wojewodę mazowieckiego - który organizuje punkt dla uchodźców na Torwarze - spłynęła fala ogromnej krytyki.

Konstanty Radziwiłł po południu sam zabrał głos. Stwierdził, że on i jego pracownicy robią, co mogą, by zapewnić  potrzebne wsparcie dla uchodźców z Ukrainy w punkcie przy Łazienkowskiej. Zapewniał, że wszelka podstawowa pomoc - dach nad głową, posiłki zimne i ciepłe - jest zapewniona. - Uchodźcy mają też pomoc psychologiczną, środki czystości. Jest punkt medyczny z ratownikami i lekarzami, i zapas leków - wyliczał.

Nie chciał jednak zaprosić dziennikarzy i obserwatorów do środka ze względu na "prywatność uchodźców". - Ten wysiłek, który robimy razem, zasługuje na najwyższą ocenę. Moim zdaniem w tych warunkach, dla takiej liczby osób i w tym tempie nie da się zrobić więcej - mówił.

Wojewoda stwierdził też, że informacje zawarte w apelu pani Joanny zawierały nieprawdziwe informacje. Mówił, że rozmawiał z wolontariuszką i całe zamieszanie, które powstało w sieci, wynikało z kłopotów komunikacyjnych. - Umówiliśmy się, że będzie z tym lepiej - powiedział.

"Co się stanie, jak zabraknie wolontariuszy?"

Skontaktowaliśmy się z Joanną Niewczas, aby uzyskać od niej więcej informacji o sytuacji na Torwarze. Wolontariuszka zgodziła się z tym, że w punkcie dla uchodźców wszelkie niezbędne dobra są zapewnione, ale - jak podkreślała - dzieje się tak wyłącznie dzięki wolontariuszom, którzy stają na głowie, by wszystko zorganizować.

- Cały ten punkt koordynują wolontariusze, których jest coraz mniej. Każdy ma jakieś obowiązki i pracę. Są już też bardzo zmęczeni. Pracujemy po 20 godzin dziennie - informowała koordynatorka. Jak dodała, gdyby nie fakt, że zachorowała na COVID-19, prawdopodobnie właśnie na Torwarze, także by tam była i pomagała. Zaznaczała, że wkrótce chorujących wolontariuszy może być więcej.

Zwracała uwagę, że na miejscu nie ma możliwości zachowania dystansu, bo ludzi jest mnóstwo. Nie zapewniono także wspomnianych już środków do dezynfekcji, rękawiczek czy maseczek. - To wszystko jest kwestią czasu - powiedziała w kontekście szerzenia się koronawirusa wśród pomagających oraz uchodźców. - Mnie bardzo zastanawia, co stanie się, gdy zabraknie wolontariuszy. Tam nikogo [innego] nie ma - dodawała.

Opowiadała dalej, że uchodźcy spędzali w podróży czasem kilka godzin. Byli głodni i spragnieni, a często nie mieli gdzie umyć rąk. - Na miejscu mamy dwie lodówki barowe. Reszta darów i jedzenia leży na podłodze. Jeżeli nikt nas chociaż nie przeszkoli [z zasad sanitarnych], to stanie się najgorsze i stąd mój apel - podsumowała Niewczas.

Punkt na Torwarze działa od piątku. Znajduje się tam około 500 miejsc dla uchodźców z Ukrainy. Podobny ośrodek, także zorganizowany przez wojewodę mazowieckiego, działa w Nadarzynie, choć na większą skalę. Tam przygotowano miejsca nawet dla 10 tys. osób.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny