"Dobrze pan trafił, bo właśnie kończymy niedzielny obiad". Z Ukraińcami w domach spędzamy już kolejną dobę

- To są chwile historyczne, a my przypadkowo staliśmy się częścią ich historii - mówią nam osoby, które zaprosiły pod swój dach uchodźców. Z uciekającymi przed wojną Ukraińcami niektórzy Polacy spędzają już w swoich domach czwartą dobę. Czy z roli gospodarza da się spontanicznie wejść w rolę terapeuty?
Zobacz wideo

- Dobrze pan trafił, bo właśnie kończymy niedzielny obiad i próbujemy swoich sił w ukraińskim - słyszę od pana Rafała z Zamościa, który przyjął do swojego domu dwie uciekające przed wojną rodziny. Jedna z matek przyjechała z dzieckiem z okolic Lwowa. Druga z dwójką, z Odessy. Ojcowie zostali walczyć po drugiej stronie granicy. Pan Rafał przyznaje, że rozmowy często nie są łatwe. - Słyszymy o bombardowaniu, o schodzeniu do piwnic i o tym, że musieli opuścić schorowanych rodziców. Samo rozdzielenie się było dla nich straszne. Mała dziewczynka przytula się do mniej jak do ojca - opisuje.

Przyznaje, że pierwszego dnia był głównie płacz i to po obu stronach. Nie ma się co dziwić, bo gospodarze również byli wzruszeni. Swoich gości traktują jak rodzinę, po obiedzie siadają na kanapie, a dzieci wspólnie się bawią.

Wdzięczność jest ogromna, a zdziwienie jeszcze większe

Po kilku ciepłych zdaniach i wstępnym oswojeniu z nową sytuacją pan Łukasz z Chełma zawsze widzi zakłopotanie osób, które odbiera z granicy. A podjeżdżał już kilka razy - na przejście graniczne albo na dworce. Aby przerwać niepewność uchodźców, od razu mówi: "jedziemy do mojego domu rodzinnego, wszystko zapewniamy, wszystko opłacamy, a długość pobytu nie ma dla nas znaczenia".

Wiele ukraińskich rodzin myśli, że szybko skończą się środki na taki pobyt, a przecież nie szukają komfortu, tylko schronienia. Od kilku już rodzin usłyszeliśmy, że celem dającym poczucie bezpieczeństwa jest samo przekroczenie granicy. Tymczasem tuż za nią czeka nagrzany samochód, a po jakimś czasie udostępniony pokój. Na tak dużą pomoc mało kto liczył, a skorzystało wielu.

Znajomi z Ukrainy, bo tak o nich mówi pan Łukasz (choć wcześniej się nie znali) robią z nim zakupy, pomagają w codziennych obowiązkach. Razem nawet wnosili meble. Robią wszystko, by choć na chwilę zapomnieć. Do domu rodzinnego zaprosił dwu i czteroosobową rodzinę. W dodatkowym mieszkaniu na wynajem, udostępnianym uchodźcom bezpłatnie, zakwaterował dodatkowo osiem osób w dwóch pokojach.

Pan Łukasz przyznaje, że część z jego nowych gości nie może się odnaleźć. Są w Polsce, a jednak myślami wciąż w Ukrainie. Wojna to jedno, ale nawet po jej szybkim zakończeniu, w które mocno wierzą, trzeba będzie wszystko odbudować, mieć do czego wrócić. Jest też ciągły lęk o innych, którzy zostali za granicą. - Staram się nie pytać. Widzę, że niektórzy potrzebują ciszy i chwili spokoju. Jak robimy wszyscy wspólnie kanapki, mamy jakieś zajęcie, to wtedy rozmawia się łatwiej, zaczynają opowiadać - dodaje mieszkaniec Chełma.

Raz pokoik albo dwa, czasem dom i dwa mieszkania

W pomoc uchodźcom zaangażował się też pan Michał z Hrubieszowa. "Dziś nasza rodzina powiększyła się o 7 osób, kolejne 3 są w drodze" - napisał kilka dni temu na Facebooku. Sprowadził z Ukrainy ludzi, z którymi - mimo wspólnych korzeni - nigdy nie miał okazji się spotkać. Początkowo nie chcieli nawet myśleć o ucieczce. Pan Michał jednak dzwonił, nie odpuszczał i dziś udostępnia połowę pokoi w swoim domu trójce dorosłych z czwórką dzieci.

- Już wszyscy się zaprzyjaźniliśmy, nie mówiąc o dzieciakach, które razem z naszymi ruszyły w kierunku zabawek - mówi. Przyznaje jednak, że jego goście są rozdarci między pobytem w Hrubieszowie, a Ukrainą. Ciągle śledzą media, dzwonią do bliskich i sąsiadów, bardzo wszystko przeżywają. Gospodarze chcą im w tym towarzyszyć, bo widzą, że jest to jakimś rodzajem terapii. - Na to także nikt z nas nie był przygotowany, że zobaczy kogoś uciekającego przed wojną. Ale nie trzeba być psychologiem, żeby pomagać takim rodzinom w swoim domu - słyszymy. 

Chcą pracować i pomagać

W wielu rodzinach scenariusz jest podobny. Panowie jechali po uchodźców na granicy, a reszta domowników przygotowywała pokoje. Przynosili od znajomych łóżka lub materace, wnosili zabawki, ale też stresowali się myślą, co będą razem robić. - Przyprowadziłem córeczkę swojego brata, żeby dzieciom było raźniej i rozumieją się bez słów. Bawią się, a my już wiemy, że jak trzeba włączyć "multifilm" to chodzi o kreskówki - uśmiecha się rodzina pana Rafała.

Goście z Ukrainy chętnie zgodzili się nawet na niedzielny spacer po mieście i na szybką wizytę w miejskim ZOO. Ucieszyli się, że w końcu zobaczyli z bliska znany również w Ukrainie zamojski ratusz. 

Wielu Ukraińców od razu angażuje się w pomoc na rzecz innych obywateli swojego kraju. Takim przykładem jest 15-latek, który zamieszkał u wspomnianego pana Michała w Hrubieszowie. Młodzieniec codziennie chodzi do Ośrodka Sportu i Rekreacji, w którym znajduje się punkt pomocy uchodźcom. Wspiera ich, a przy okazji odciąża też działających tam wolontariuszy. 

Często nowi lokatorzy pytają też o możliwość pracy, którą mogą odwdzięczyć się za pobyt. Chętnie włączają się w obowiązki domowe.

Goście nie siedzą bezczynnie

Czwarta doba od przyjazdu to jeszcze trochę krótko, by pytać i wiedzieć, co dalej. Niektórzy z gości już jednak ruszyli w dalszą podróż. U wspomnianego wcześniej pana Łukasza zwolnił się jeden pokój, bo rodzina wyjechała do krewnych, u których zostaną na dłużej. Podobnie u pana Rafała. - Jedna z rodzin przygotowuje się do wyjazdu za granicę i niebawem zwolni się pokój. Druga z matek bardzo chce szybko wrócić na Ukrainę i liczy, że będzie to możliwe. Radzimy jednak, żeby na razie u nas została - podaje mężczyzna.

Większość rodzin opowiadających o swoich gościach mówi jasno, że oni nie siedzą bezczynnie, mają różne plany. Jedni potrzebują kilkudniowego odpoczynku, by ruszyć dalej w Europę. Inni potrzebowali chwilowego schronienia, by ogrzać się i przespać po godzinach stania na granicy. Teraz próbują zaplanować kolejne miesiące z tymi, których dobrze znają, a są bardzo daleko.

Wolontariusze z Zamościa często podkreślają, że w dużej części - choć nie zawsze - w grę wchodzi pomoc krótkotrwała. Uchodźcy są mocno skrępowani, chcą podróżować dalej w kierunku swoich rodzin na Zachodzie, a u nas robią jedynie przystanek. - To są chwile historyczne, a my możemy dziś zdecydować, jaką częścią tej historii będziemy. Potrzeba wspierania tych skrzywdzonych ludzi może szybko minąć, więc trzeba pomóc teraz - słyszymy w domu pana Rafała.

Nie bądźmy nachalni

Osoby, które zapraszają uchodźców do swoich domów, działają często automatycznie. Jeśli ktoś mówi - słuchają, jeśli milczy - szanują. I taki styl proponuje Aneta Jeremus-Lenkiewicz, psycholog i kierownik Wojskowej Pracowni Psychologicznej w Łodzi. Powinniśmy pamiętać, że widzenie wojny z bliska wiąże się z przeżyciami traumatycznymi i że świat tych ludzi runął w jednej chwili.

- Starajmy się zapewnić bezpieczeństwo i to w bardzo prostym zakresie, nawet na poziomie posiłków i miejsca do odpoczynku. To naturalne, że początkowo może być problem z apetytem, z bezsennością, ale regulujmy wspólnie ten rytm - radzi psycholog pracująca codziennie z osobami, które widziały wojnę z bliska.

Wspólne posiłki to najlepsza i jedyna oczywista okazja, żeby być bliżej siebie. Wówczas pojawia się pierwsza możliwość, by opowiedzieć o przeżyciach, zostać wysłuchanym i zdobyć zaufanie. - Nie wszyscy będą chcieli o tym mówić i tu nie bądźmy nachalni - radzi terapeutka. Poczekajmy na ten właściwy moment. Niektórym może pomóc zapalone światło w pokoju, uchylone drzwi, włączone przez całą noc radio - wyjdźmy z taką propozycją. Osoby skrępowane pobytem same o to nie zapytają, a to dla nich ważna pomoc.

Szczególną ostrożność należy zachować w stosunku do dzieci, zwłaszcza tych młodszych. Zabawki świetnie pomagają w odwróceniu uwagi, ale pamiętajmy, że dzieci czują głęboko, choć czasem myślimy, że jest inaczej. Trzeba być czujnym i wyciągnąć te skrywane emocje, rozpoznać je. - Pokażmy na zdjęciu tatę, który jest w domu na Ukrainie. Jeśli ma szansę pomachać, porozmawiać, skorzystajmy z tego. Dziecko zobaczy, że jest bezpieczny, że są dziadkowie, wujkowie, kuzyni, którzy zostali na miejscu. My jesteśmy tutaj, nie musimy się bać, ale czekamy na szybkie spotkanie - to uczciwe i bezpieczne dawanie nadziei. Wolontariusze przyjmujący uciekających pod swój dach niech będą więc uważni, bo każdy z nas jest ważnym terapeutą, ale nie przeceniajmy też zbytnio swoich możliwości - ostrzega psycholog. Nad traumami dobrze jest pracować od razu, ale to już należy zostawić specjalistom punktów wsparcia psychologicznego.

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny